..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
    ORBITAL MENU
    » Neuroshima
    » Świat
    » Bohater
    » Rozrywka
    POLECAMY

     SZUKAJ
    » Mapa serwisu
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

Sprawiedliwość Pogranicza III: Róża



Czerwone, poranne słońce wspinało się pomału na lazurowe niebo, po raz kolejny rozpoczynając swą odwieczną wędrówkę. Lekkie podmuchy wiatru i brak jakichkolwiek chmur na nieboskłonie sugerowały, iż dnia dzisiejszego temperatura osiągnie nawet sto dwadzieścia stopni. W efekcie, mieszkańcy Grodowego Wzgórza – najdalej na południe wysuniętego miasteczka podległego Gnieznu – rozwieszali już pomału materiałowe płachty, mające osłonić główne ulice od palących promieni. Mimo, że godzina była jeszcze wczesna, życie w miasteczku toczyło się już w pełni. Robotnicy pracowali w swoich warsztatach, kupcy nadzorowali stragany, strażnicy kroczyli na patrolach, małe dzieci usilnie zaś dbały o odrobienie dziennej porcji psot i zabaw. Wszystko to, razem z typowymi rozmowami, tworzyło tak rzadko dziś spotykaną, przyjemną kakofonię.

Niska, czarnowłosa kobieta, jadąca powoli na ciężkim motorze, obserwowała to miejskie życie z lubością. Żałowała, że łoskot olbrzymiego silnika sprawia, iż nie jest w stanie zrozumieć o czym rozmawiają mijane osoby. Miała ochotę zatrzymać się i pospacerować trochę - zwłaszcza, że jabłka na mijanym właśnie straganie, złote w kolorze i pomarszczone w fakturze, wyglądały na soczyste i słodkie. Wiedziała jednak, że nie ma na to czasu. Westchnąwszy, niechętnie skręciła lewym nadgarstkiem i czarny, ucywilizowany Indian 841 przyśpieszył. Niska kobieta przymknęła na chwilę oczy pozwalając, aby pęd powietrza rozwiał jej włosy i troski. Nie musiała się obawiać, że na kogoś wpadnie. Nie było przepisów ruchu drogowego, nie było policji, która ich pilnowała. Każdy polegał na własnych umiejętnościach, a ona nauczyła się ufać swoim. Poza tym nie jechała za szybko...

Kilka minut później podjechała pod parterowy, drewniany budynek wyróżniający się naturalnym kolorem nie pomalowanego drewna i świeżo papowanego dachu. Nim jeszcze zdążyła zgasić silnik, ośmioletnia, złotowłosa dziewczynka szepnęła coś do ucha niewiele młodszego chłopczyka i ten pobiegł do domu. Sama zaś wstała z huśtawki i podeszła do kobiety.
- Dzień dobry – zagadnęła – Pani do taty czy do mamy?
Czarnowłosa wygładziła szybkim ruchem kremową sukienkę, którą na czas jazdy podwinęła i okręciła wokół nóg, słysząc zaś pytanie dziewczynki, uśmiechnęła się do niej miło.
- Witaj Kida – powiedziała – Boże, ależ ty urosłaś.
- To pani mnie zna? – dziewczynka otworzyła szeroko usta ze zdziwienia. Kobieta pokiwała głową, a jej uśmiech poszerzył się.
- Kiedy się ostatnim razem widzieliśmy, miałaś kilka lat mniej. Nie dziwię się, że nie pamiętasz.
- Proszę, proszę! – przerwał jej zaciekawiony kobiecy głos od strony drzwi – Czy to nie pani kapitan we własnej osobie?
- Miło cię widzieć, Ann – odparła motocyklistka pani domu ruszając w jej stronę. Rzuciła dłuższe spojrzenie na brzuch Mulatki dowodzący, że jest ona ponownie w ciąży i tylko przewróciła oczami.
- Wzajemnie, B. – odparła gospodyni podając niższej od siebie czarnowłosej dłoń na powitanie – Za długo cię nie było.
- Teraz niestety też nie przyjechałam w odwiedzinach – motocyklistka spoważniała nagle. Spojrzała na charakterystycznego Plymoutha GTX, stojącego na podjeździe.
- Słyszałam, że Grom wrócił – oznajmiła – Muszę pogadać z nim i twoim mężem.
Ann splotła ramiona na piersi, uniosła dumnie podbródek i przybrała pozycję obronną, jakby szykowała się do zaatakowania niższej od siebie kobiety. Fizycznie lub werbalnie. Zamiast jednak to zrobić, cofnęła się tylko do domu, zabierając przy tym ze sobą stojącego za nią i przysłuchującego się wszystkiemu siedmioletniego chłopca. Tego samego, którego Kida wysłała do domu, gdy tylko B przyjechała.
- Są za domem, na ruinach starej budowy – powiedziała złotowłosa, po czym odwróciła się i ruszyła w głąb mieszkania – Idź, ja muszę wracać do pieczeni.
Czarnowłosa spojrzała jak Mulatka znika za ciężką kotarą i spochmurniała mocno.
"Nie ma co... nieźle poszło" - mruknęła po hiszpańsku. Kiedy zaczęła iść przez dom swoich przyjaciół w stronę tylnego wyjścia, niebieskie oczy ośmioletniej, złotowłosej dziewczynki śledziły ją uważnie. Kida obserwowała ją, od kiedy się pojawiła, usilnie próbując przypomnieć sobie wydarzenia sprzed lat...

Bokkeny zderzyły się z suchym trzaskiem pomiędzy mężczyznami. Wilk momentalnie odskoczył w tył, unikając kontrataku swego ucznia. Ciężkie buty zachrzęściły na betonie, zatrzymując się ledwo o milimetry od krawędzi. Gromisław i jego przyjaciel poczęli się ponownie okrążać, obserwując dokładnie swoje ruchy. Byli ubrani jedynie od pasa w dół i w bandany na głowach, które chroniły ich od udaru w ponad stu stopniowym powietrzu. Poruszali się po najwyższej stojącej nadal kondygnacji czegoś, co w planach miało być wieżowcem ze stali, szkła i betonu. Nie wiadomo, ile go ukończono przed nadejściem Ragnaroku. Do współczesności przetrwały tylko fundamenty, podstawy szkieletu i trzy poziomy stropo-podłóg ze zbrojonego betonu. Nad najwyższą z nich gdzieniegdzie wznosiły się jeszcze na różną wysokość stalowe słupy, na których osadzone miały być kolejne piętra. Ogólnie przez brak ścian miejsce to nie nadawało się do zamieszkania. Sprawdzało się za to świetnie jako teren szkoleniowy.

Krótkowłosy zamarkował uderzenie z wypadu i kiedy Chmurny złożył się do zablokowania ciosu, porucznik obrócił się gwałtownie w piruecie. Sztych bokkena szturchnął niespodziewającego się tego chorążego w brzuch, a gwałtowne kopnięcie podcięło mu nogi. Potężne ciało długowłosego rozciągnęło się na betonie, a on sam sapnął głośno. Bardziej rozeźlony niż obolały.
- Żenujące – zwycięzca stanął obok pokonanego opierając dłonie na "głowicy" bokkena, a jego sztych na ziemi – Nie trenowałeś, przyznaj się.
- Trenowałem – Grom odparł wyciągając do porucznika dłoń – Kiedy tylko mogłem.
Wilk pomógł mu wstać i ocierając sobie pot ze świeżo ogolonego policzka, spytał:
- Raz w miesiącu?
- Nie drażnij mnie, poruczniku – warknął długowłosy próbując strzepnąć pył i żwir, który przykleił się do jego spoconych pleców.
- Zmuś mnie, dzieciaku – nauczyciel odparł mu z wyższością. Uczeń uderzył od razu i drewniane ostrze zderzyły się z taką siłą, że aż stęknęły w proteście. Walczący nie zwrócili jednak na to uwagi wyprowadzając uderzenia za uderzeniami i bloki za blokami. Postronny widz, znający się na szermierce, rozpoznałby w ich stylu zaczerpnięcia z Aikido, Kendo i Kantori Shinto-Ryu oraz polskich, włoskich i niemieckich sztuk walki bronią sieczną. Zostały one jednak wymieszane tak, aby połączyć ich zalety i wyrugować wady. I dla przykładu, bloki i zbicia niespotykane we wschodnich tradycjach walki ze względu na kruchość japońskich mieczy, tu były na porządku dziennym. Z kolei praca nóg w układzie T, praktycznie niespotykana na zachodzie, również miała tu swój udział.

Kilka sekund później, Wilk zamaszystym ciosem odbił na bok "miecz" swego przeciwnika i nie przerywając nawet ruchu przesunął ostrzem po brzuchu młodszego mężczyzny. Następnie obrócił się wokół własnej osi i furkoczące ostrze wylądowało lekko na karku długowłosego.
- Poprzednim razem nie poszłoby mi tak łatwo – warknął Wilk – Życie za tymi murami jest dla ciebie za lekkie. Jeśli po następnym patrolu ponownie zobaczę u ciebie taki spadek formy, to uziemię cię na dekadę. Zrozumieliście, chorąży?!
- Tak jest – Grom stanął na baczność uznając swoją porażkę.
- Spocznij – burknął porucznik zabierając bokken i odchodząc kilka kroków – Zrozum dzieciaku... Nie zawsze będziesz się potykał z jakimiś zawszonymi gangerami. Prędzej czy później trafisz na kogoś silnego. Szkolonego, albo samouka, to nieistotne. Jeśli nie będziesz tak dobry jak tylko możesz być, to zginiesz na pewno.
- Wiem – odpowiedział młodszy mężczyzna i uśmiechnął się rozbawiony, patrząc na swojego nauczyciela – To może teraz walka wręcz?
- Nie, za chwilę będzie południe i temperatura jeszcze wzrośnie – Wilk spojrzał na bezchmurne niebo i pozycję palącego słońca – A ty jak za chwilę nie zejdziesz ze słońca, to nabawisz się poparzeń. Skóra białych ludzi nie radzi sobie ze słońcem tak dobrze jak nasza. To, że całe życie spędziłeś pod nim, niczego nie zmienia.
- Wezmę tylko koszulkę – Chmurny kiwnął głową idąc w stronę wieszaka na ubrania zrobionego z pozaginanych prętów zbrojeniowych. Wyższy zwiadowca pokiwał tylko głową zdejmując chustę z głowy i schodząc po popękanych, betonowych schodach na środku pomieszczenia. Na parterze odłożył bokken do specjalnie na nie przygotowanego stojaka i uśmiechnął się.
- Witaj, strudzona podróżniczko – powiedział nie odwracając się nawet do czarnowłosej stojącej obok jednego ze wsporników.
- Widzę, że wiek nie przytępił twoich zmysłów, poruczniku Wilku z Santee – powiedziała motocyklistka ruszając w jego stronę.
- Ani twoich do chodzenia cicho jak kot, pani kapitan B. Różo* - mężczyzna skłonił się kobiecie, po czym ucałował podaną mu dłoń – Zwłaszcza w takich butach.
Mówiąc to wskazał wolną ręką w dół. Niska kobieta mimowolnie również spojrzała na swoje brązowe, zdobione kowbojki. Wzruszyła tylko ramionami uśmiechając się. Wtem oboje usłyszeli odgłos ciężkich kroków na schodach.
- Witaj, Gromisławie – powiedziała kobieta, kiedy potężna sylwetka pojawiła się na schodach. Mężczyzna zatrzymał się na sekundę usłyszawszy jej głos, ruszył jednak szybko niżej.
- Witaj B. – odpowiedział odetchnąwszy głębiej. Podszedł do obojga, spoglądał jednak tylko na kobietę. Krótkowłosy powiódł spojrzeniem od jednego do drugiego.
- To... ja pójdę zobaczyć... czy moja żona nie potrzebuje mnie w kuchni – powiedział wycofując się w stronę domu. Kiedy wyszedł spod cienia, okręcił się na pięcie i przyśpieszył.
Pozostali mężczyzna i kobieta spojrzeli na siebie wymowie. Jeszcze dwa lata temu parsknęliby śmiechem, teraz jednak w powietrzu zawisło niezręczne milczenie. Przyglądali się sobie jedynie.

Kobieta była starsza od Groma o kilka lat i zauważalnie niższa - mierzyła niewiele ponad pięć stóp wzrostu. Mogła się jednak poszczycić wspaniale zbudowanym, kobiecym ciałem podkreślonym jeszcze przez kremową luźną suknię i białą bluzkę bez rękawów, z lekkim gorsetem oraz ślicznym dekoltem. Jej nagie lewe ramie pokrywał rozbudowany tatuaż elfiego miecza oplecionego dziką, czerwoną różą, której pędy sięgały aż na przedramię i bok szyi. Mężczyzna wiedział, że to nie jedyny tatuaż na jej ciele. Całe jego piękno bledło jednak w porównaniu z blaskiem jej brązowych oczu i urokiem ślicznej twarzy. Długie, czarne włosy kobiety lśniły nawet w cieniu zdradzając razem z kolorem skóry i paroma innymi detalami w wyglądzie pani kapitan, jej przynajmniej częściowe, latynoskie pochodzenie.

Kobieta rejestrowała natomiast zmiany jako zaszły w Chmurnym od kiedy go ostatnio widziała dwa lata temu. Dostrzegła kilka nowych blizn znaczących jego potężne ciało oraz znacznie mocniej rozwinięte muskuły niż je zapamiętała. Dłuższe włosy i zarost zdawały się zmieniać strukturę jego twarzy, dodając mu powagi i posłuchu, podobnie jak ledwo dostrzegalna zmiana postawy świadcząca o większym doświadczeniu niż to, jakie miał poprzednio. Największa jednak zmiana zaszła w jego szarych oczach. I zmiana ta nie podobała się jej za bardzo. Spojrzenie mężczyzny zyskało bowiem na powadze, zawziętości... Róża jednak znała się na ludziach i wiedziała, że to tylko fasada. Fasada, pod którą krył się strach i ból. I znała ich przyczynę.

Oboje wbrew sobie czuli napór wspomnień, wdzierający się do ich umysłów i uczuć, poruszających dawno uśpione struny w sercach...
- Słyszałam, że patrol się udał – powiedziała w końcu B. chcąc przerwać ten stan.
- Tak, znalazłem kilka ciekawych miejsc, a za to, co sam przywiozłem, pospłacałem swoje długi i zakupiłem trochę sprzętu – Chmurny odpowiedział szybko, po czym odetchnął i spojrzał jej w oczy – Jak się miewają Conan i bliźniaki?
Kobieta zmieszała się spuszczając wzrok.
- Dobrze – odparła, jednak w miarę mówienia podnosiła głowę, a na jaj ustach pojawiał się uśmiech – Lilianna i Sylwan niedługo pójdą do szkoły. Mały Conan zaś rośnie jak na drożdżach. Wszystko wskazuje na to, że będzie tak wielki jak jego o...
Ugryzła się w język, ale wiedziała, że za późno i szybko odwróciła głowę, nie chcąc patrzeć mu w twarz.
- Taa... – Gromisław odetchnął głęboko i delikatnie położył jej dłoń na ramieniu. Róża mimowolnie poczuła, że zrobił to delikatniej niż by chciała. Jakby bał się to zrobić.
- Chodźmy do domu, bo Ann robi się drażliwa jak ktoś spóźnia się na obiad – powiedział – Opowiesz po nim, co cię do nas sprowadza...
Nie dodał "bo wiem, że nie przyjechałaś dla przyjemności, ani w celach towarzyskich". B wiedziała jednak, że miał to na końcu języka. Bez słowa ruszyła u jego boku. Zakłuło ją to, że od razu zabrał rękę. Wiedziała, że musi tak być. Nie była jednak z tym szczęśliwa.

Dwie godziny później miasto tonęło już w najgorszych upałach. Antyczne termometry wskazywały 119 stopni Farrenheita, a praktyczny brak wiatru sprawiał, że odczuwalna temperatura była niewiele niższa. Kto mógł, chronił się pod cieniem lub w budynkach, gdyż pozostanie bez żadnej ochrony na tak piekącym słońcu było w stanie zabić każdego raptem w kilka godzin. W domu Wilka życie toczyło się rytmem typowej poobiedniej sjesty. Za wyjątkiem Kidy, wszystkie dzieciaki spały, najstarsza zaś siedziała nad elementarzem, powtarzając podstawy pisowni przed jutrzejszymi zajęciami. Róża pomagała jej w tym, wiedząc, że niedługo będzie musiała pomagać własnym dzieciom. Dzięki temu uczyły się obie. Ann odpoczywała w sypialni w piwnicy, gdzie było chłodniej, zaczęła bowiem czuć się nienajlepiej. Z doświadczenia wiedziała, że miną jeszcze góra trzy tygodnie, nim Grodowe Wzgórze wzbogaci się o kolejnego mieszkańca. Wilk czuwał przy niej aż zaśnie, na wypadek gdyby wcześniej czegoś potrzebowała. Gromisław zajął pokój na poddaszu, który po przeprowadzce z Gniezna podarował mu Wilk. Było tam, co prawda najgoręcej w całym domu, jemu to jednak było na rękę. Pokój był urządzony skromnie. Antyczne łóżko z wyschniętego drewna oparte na pordzewiałej, stalowej ramie z misternymi kratami w wezgłowiu i nogach stało na środku szerokości pokoju pod wąskim dachowym oknem z PCV. Oprócz tego, w pokoju była tylko jedna szafa stylizowana – lub, kto wie, może nawet pochodząca – na XIX wiek, z podwójnymi drzwiami okolonymi rzędem szuflad i półek. Brakujące szyby nie były niczym zastąpione i bez trudu dało się dostrzec komplet książek, tak zwanych powieści groszowych w stylu "Krucjaty" Aherna, paru tomów Star Treka i Gwiezdnych Wojen po książki cięższe i mniej rozrywkowe jak college’owe podręczniki anatomii, geografii i historii. Na samej górze, na szafie, na honorowym miejscu stało kilkanaście książek, noszących ślady częstego używania. Było to dziesięć tomów Conana, autorstwa samego mistrza Howarda, kilka innych tomów, najwyraźniej wybranych przez chorążego z gąszczu innych oraz trzy książki autorstwa Sienkiewicza, składające się na słynną trylogię. Obok, jednak trochę osobno, leżała jeszcze jedna dziwna książka: duże tomiszcze ozdobione rysunkiem rycerza na przedzie i z polskim napisem głoszącym "Dzikie Pola".

Obok szafy leżały jeszcze dwa stosy książek. Nad tym po lewej wyskrobano na ścianie "Przeczytane", na tym po prawej zaś "Do przeczytania". Tych po lewej było znacznie więcej.
Długowłosy siedział ze skrzyżowanymi nogami na podłodze w samej bieliźnie, przed nim zaś, na miedzianym półmisku, leniwie tliły się poskręcane liście i zioła. Od lat próbował nauczyć się rytuału medytacyjnego szamanów z plemion Lakotów. Nigdy nie miał cierpliwości, aby próbować robić to przez dłuższe odosobnienie i post. Zdaniem Wilka to właśnie przez swój brak cierpliwości nie osiągał nic na tym polu.

Nie inaczej było i tym razem. W końcu zniechęcony wstał chwiejnie, rozprostowując zdrętwiałe kończyny. Zgasił resztki ziół i machnięciem ręki rozwiał dym, po czym podszedł w kąt pokoju, gdzie stała spora miednica z wodą. Wtem usłyszał pukanie do pokoju.
- Tak? – spytał odwracając się w stronę drzwi. Czarnowłosa uchyliła je i spojrzała na niego.
- Wilk już przyszedł, chodź – powiedziała szybko. Grom kiwnął głową.
- Tylko się opłuczę – odparł, biorąc około litrową chochlę i kawałek szarego mydła. B. stała niezdecydowana przez sekundę. W sumie nie kazał jej wyjść, nie było też tak jakby miała zobaczyć coś, czego nie znała. Pokręciła jednak głową i ulotniła się, nim mężczyzna zdążył się jeszcze rozebrać.
Kilka minut później długowłosy dołączył do niej i swojego nauczyciela, będąc już odświeżony i ubrany w świeżą odzież.
- W porządku – porucznik zaczął, kiedy Chmurny usiadł wygodnie na kanapie – B., jakbyś była tak miła...
Kobieta kiwnęła głową i wyjęła tekturową teczkę ze skórzanej, motocyklowej torby. Szybko odwiązała materiałowe zapięcie i wydobyła z wnętrza kilka dużych zdjęć.
- Zdjęcia te są dziełem oddziału rozpoznawczego "Widma" – oznajmiła od razu podając je mężczyznom – wykonali je pięć godzin temu, ze wzniesienia 195, siedemnaście mil na zachód-północny zachód od Wzgórza.
Porucznik przyjrzał się czarno-białym, ale stosunkowo wyraźnym zdjęciom, każde obejrzane podając swojemu młodszemu przyjacielowi. Dało się na nich dostrzec rozbijanie obozu przez znaczną grupę osób, głównie motocyklistów.
- Siła ich – powiedział Grom, jakby cytował maksymę. Porucznik pokiwał głową.
- Wygląda na zbiór kilku różnych gangów – zakomunikował Wilk, a zobaczywszy kolejne zdjęcie, przedstawiające ustawianie jakiegoś symbolu, z warknięciem dorzucił – I klanów.
- Naliczyliśmy kilkanaście – oznajmiła B. – Z czego rozpoznaliśmy z dziewięć.
- Ze wzniesienia 195 powiadasz? – po chwili zaciekawił się Chmurny – To ustawia ich tylko kilka mil od szosy A2.
- Sądzimy, że dlatego wybrali to miejsce – pani kapitan kiwnęła niechętnie głową – Mają zamiar wzbogacić się, napadając na nasze transporty z i do Gniezna.
- Czyli rozwalamy ich? – spytał od razu Grom.
- Będzie ciężko – Wilk przyjrzał się jeszcze raz kilku zdjęciom – Jest ich sporo, setka, może nawet dwie lub więcej.
- A ciągle przybywają nowi – kobieta dorzuciła ciszej.
- Taa… – porucznik pokiwał głową – A my nie możemy marnować aż tyle paliwa aby wypchać tam najcięższy sprzęt. Pozostaje więc zwykła walka piechoty i lekkich pojazdów. Piąty DSz mógłby ich rozbić, ale byłoby kilkunastu do kilkudziesięciu zabitych, sporo więcej rannych. Przy użyciu większych sił, ponownie podnoszą się koszta w paliwie. No i trudniej będzie to wszystko zorganizować w sensownie krótkim czasie. Nie wspominając o utrudnieniu związanym z przeprowadzeniem niespodziewanego uderzenia.
- Coś czuję, że nasza pani kapitan ma jakiś plan – Gromisław wyszczerzył się patrząc na kobietę – Skoro przychodzi tu do nas w kilka godzin po pstryknięciu tych fotek.
Róża również mimowolnie się uśmiechnęła.
- Zgadza się – przyznała otwierając ponownie swoją aktówkę. Wyjęła z niej kolejne zdjęcia i podała obu mężczyznom.
- To co tu widzicie, to cysterna, z której czerpią paliwo do swoich pojazdów. – wyjaśniła - Taka duża grupa musi mieć go sporo, jeśli chce skutecznie operować.
- Możliwe, że podzielenie się paliwem było warunkiem przyjęcia do tej zbieraniny – dorzucił starszy mężczyzna analizując zdjęcie, na którym jakiś cruiser jest właśnie tankowany z charakterystycznej, cylindrycznej naczepy.
Długowłosy pokiwał głową oglądając inne zdjęcie.
- Pewnie jest w centrum obozu, aby jak najlepiej ją chronić. Gdyby ją wysadzić zmiotłaby zapewne większość gangerów – zaproponował.
Wilk skinieniem przyznał mu rację.
- Masz rację, je... – w tym momencie drzwi do domu porucznika stanęły otworem.
- Jest tu kto? – wysoki brunet zawołał po angielsku, rozbawiony zaraz po przekroczeniu progu.
- W salonie – odkrzyknął gospodarz – Chodź do nas Kamilu. Spóźniłeś się na obiad, ale zaraz ci coś odgrzeję – mówiąc to wstał od stołu.
- Dzięki – doktor powiedział z wdzięcznością wchodząc do zajmowanego przez pozostałych pokoju – Zrób jednak odgrzewkę dla dwojga.
Wszyscy popatrzyli zdziwieni, lekarz uśmiechnął się tylko lekko i odsunął krok w bok. Za nim, wspierając się mniej lub bardziej na staromodnej lasce, szła Natalie. Uśmiechnęła się do zebranych, witając ich skinieniami głowy. Gromisław wstał od razu i ruszył w jej kierunku. Jego nowa znajoma miała na sobie szare bojówki w miejskim maskowaniu, skórzane znoszone buty i znacznych rozmiarów chustę okręconą wokół swoich walorów kobiecości tak, iż miała odsłonięty prawie cały brzuch, oraz sporych rozmiarów kokardę na plecach. Wszyscy zebrani rozpoznali w tej chuście i sposobie jej noszenia rękę Ludmiły, jednej z najpiękniejszych pielęgniarek w mieście.
- Witaj – powiedział do niej młodszy mężczyzna nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Minęły dwa dni, od kiedy widział ją ostatnio, Stark zmieniła się jednak znacznie. "Niesamowite, co dwa dni odpoczynku, dobra dieta, opieka medyczna i kąpiel może zrobić z człowiekiem" przemknęło mu przez myśl. Głośne czknięcie Kronosińskiego wyrwało go z zamyślenia.
- Natalie, chciałbym abyś poznała moich przyjaciół – powiedział oficjalnym tonem, podprowadzając kobietę do stołu – To kapitan B. Róża ze sztabu oraz porucznik Wilk z Santee, mój dowódca.
Wskazał kolejno obie osoby. Kiedy Natalie do nich podchodziła przedstawił ją im.
- A więc to ty jesteś słynną wojowniczką autostrady, o której tyle słyszałem przez ostatnie kilka dni – powiedział porucznik, podając jej dłoń.
- Przyznaję się do winy – powiedziała ściskając jego prawicę. Róża w tym czasie wstała od stołu i również podeszła do nieznajomej, wyciągając do niej dłoń.
- Mnie zaś będzie musiał Grom tę historię dopiero opowiedzieć – rzekła, uśmiechając się lekko. Natalie odpowiedziała uśmiechem ściskając jej dłoń. Obie kobiety były do siebie podobne - a jednocześnie inne. Pierwszą różnicą był wzrost, który różnił je o blisko stopę. Róża miała również ciemniejszą, bardziej czerwonawą karnację. Tę cechę jej skóry można było dostrzec dopiero w zestawieniu z różem skóry wyższej kobiety. Miała również bardziej lśniące włosy. Obie miały jednak piękne twarze, wyraziste, inteligentne oczy oraz zgrabne, kobiece sylwetki. Obie nosiły też na ramieniu tatuaże, choć tatuaż B. był bez porównania większy. Obie były dodatkowo w podobnym wieku, mając między dwadzieścia pięć, a trzydzieści lat.
- Siadaj dziewczyno – Wilk pokazał jej krzesło, które wcześniej sam zajmował – Ja zaś wezmę się...
Nagle z dołu z piwnicy dobiegło głośny krzyk małego dziecka.
- Wilk! – rozdrażniony głos mulatki dobiegł zaraz za nim – Chodź tu i zajmij się synem!
- No tak. – porucznik westchnął załamując ramiona – Praca, praca. Grom, przejmij front kuchenny.
- Tak jest – długowłosy stanął na baczność, po czym przeskoczył nad ladą oddzielającą kuchnię od salonu i zaczął zaglądać do garnków. Rozbawione spojrzenie pozostałej trójki odprowadziły zaś krótkowłosego do schodów.
- Więc... – Doktor usiadł wygodnie na krześle chorążego, odwracając je wcześniej o sto osiemdziesiąt stopni. Wsparł wygodnie łokcie na oparciu i sięgnął po jedno ze zdjęć. Natalie zrobiła to samo. Kapitan poczekała, aż obejrzą kilka, obserwując w tym czasie Chmurnego. Najmłodszy mężczyzna zaczął ustawiać wszystko w kolejności do podgrzania i rozpalać pod antycznym piecem. Mimowolnie poczuła jak zalewają je wspomnienia i nie zdołała powstrzymać uśmiechu.
- Hmm... Wygląda mi to na obozowisko bandytów – stwierdziła po chwili druga kobieta wyrywając tym samym B. z zamyślenia – I to spore, na pewno ponad setkę. Koncentrują się chyba przy tej cysternie, ale mają wokół niej dziwnie niewielkie straże. Przy odrobinie szczęścia można by ją podwędzić.
Niższa kobieta popatrzyła na nią zdziwiona.
- Nasz sztab potrzebował ponad godziny, aby wyciągnąć te wnioski – powiedziała przyglądając się Natalie – Jak ty...
- Widziałam już kiedyś coś takiego – odpowiedziała zapytana – Podobne obozowisko, jeszcze za życia mojego dziadka, gangersi urządzili sobie niedaleko od Merlin. Oczywiście na mniejszą skalę. Niewielu z nich to wojskowi, dlatego kiepsko się pilnują. Muszą też trzymać taki styl, bowiem nie przepadają za twardą dyscypliną.
- Mądrze prawi – rzucił Gromisław po polsku mieszając leniwie coś w nadpalonym garnku.
- Taa. – Kronosiński pokiwał głową – Choć z powodu zakończenia wojny na północy i powrotu gangerów z frontu możemy założyć, że są lepiej zorganizowani niż dawniej.
- Niewielka grupa powinna jednak zdołać się tam dostać bez trudu – oznajmiła Stark, jej głos miał jednak zabarwienie propozycji.
- Ty nie jedziesz nigdzie w ciągu najbliższego tygodnia – brunet uciął jaj zamiary w zarodku – Musisz w pełni odpocząć.
- Ale... – zaczęła kobieta.
- Słuchaj się lekarza – przerwał jej Grom stawiając przed nią talerz z grochówką i porcję ciemnego chleba. Podobną postawił przed wspomnianym mężczyzną.
- Smacznego – dorzucił siadając wygodnie na ladzie, którą wcześniej przeskoczył i spojrzał na Różę – Co więc ustalił sztab w tej kwestii?
- Złapaliśmy dziś o świcie jednego z ich samotnych jeźdźców – odpowiedziała mu spokojnie – Wyciągnęliśmy z nich informacje o tym jak wygląda sytuacja w obozowisku, kto rządzi i tak dalej. Na bazie tego opracowaliśmy plan działania. Akcję przeprowadzamy w nocy. Dwie pary. Ty doktorku i Wilk jesteście pierwszą z nich, macie buchnąć samą cysternę. Druga para zrobi wszystko, co się da, aby odciągnąć uwagę gangerów od waszych działań.
- Niezły plan, jeśli jesteście na tyle dobrzy – Natalie pokiwała głową – A jedynie Gromisława widziałam w akcji aby móc oceniać.
- On idzie w parze numer dwa jak znam życie – rzekł Kamil siorbnąwszy mocno zupy i zagryzając chlebem.
- A z kim? – chorąży zaciekawił się od razu patrząc na starszą stopniem kobietę.
- Ze mną – odpowiedziała po chwili podnosząc wzrok i patrząc mu w oczy.
Brunet aż odstawił łyżkę z powrotem i spojrzał uważnie na oboje. Jego reakcja nie umknęła uwadze wyższej kobiety, ale powstrzymała się na razie z pytaniami.
- Nie – Grom wstał energicznie podchodząc szybko do niższej kobiety – To zbyt niebezpieczne.
- Ta decyzja nie należy do ciebie – B. również wstała i stanęła wyzywająco przed potężnie zbudowanym mężczyzną.
- Ale do mnie owszem – dobiegło od strony schodów prowadzących do piwnicy. Wilk z Santee ruszył w ich stronę na jednej ręce trzymając około rocznego malucha z zapamiętaniem ssącego smoka, a drugą podtrzymując swoją połowicę. Ann kroczyła ciężko u jego boku wyraźnie zmęczona. Kronosiński od razu do niej podszedł przerywając posiłek.
- Co się stało? – spytał po polsku zaczynając prowadzić kobietę do pokoju obok.
- To chyba zwykły skurcz – odpowiedziała mu w tym samym języku – Ale...
Zamknięcie drzwi – jednych z niewielu w całym domu – ucięło resztę jej wypowiedzi. Wilk patrzył za nimi jeszcze przez chwilę, po czym poprawił dzieciaka na ręce.
- Możesz być kapitanem – oznajmił podchodząc do B. – Ale to ja dowodzę Zwiadowcami w sektorze południowym.
- Mogłabym zdobyć rozkaz z Kwatery – Róża wysunęła dumnie brodę – Ale to nie będzie konieczne. Grom jest na tyle gorszy w prowadzeniu motocykla ode mnie, aby sprawiało to różnicę. Zwłaszcza, że grupa dywersyjna będzie miała odejście z hukiem.
Dowódca spojrzał na nią z góry, nie odwróciła jednak wzroku.
- Niech będzie – ustąpił w końcu – Chorąży, pojedziecie z panią kapitan.
- Tak jest – odpowiedział Grom, choć widać było cisnące mu się na usta przekleństwo.

B. obserwowała długowłosego zza przymkniętych drzwi starego college’u, który służył Wzgórzu za kwaterę główną Sił Obronnych miasta. Mężczyzna nie zamienił z nią ani słowa w czasie ustalania detali planu, akceptując wszystko tak, jak ustalili pozostali. Nie rozmawiali również zdążając do tego budynku, w którym mieli pobrać wyposażenie i stosowne do ich misji przebranie. Kobieta obserwowała go teraz, jak zakłada je na siebie. Czarne, skórzane spodnie motocyklowe opinały ciasno jego potężne nogi krępując częściowo możliwości ruchu. Róża wiedziała jednak, że to nie problem. Mimowolnie uśmiechała się również widząc jak ich krój podkreśla tylko krągłość pośladków. Czarna podkoszulka z oddartymi rękawami była ozdobiona wielkim logo zespołu Slayer i również bez problemu pozwalała każdej osobie stwierdzić wielkość i twardość jego potężnego torsu i ramion, a nabijany ćwiekami pas jedynie podkreślał atletyczną sylwetkę. Zapiąwszy pasek od spodni usiadł na zdezelowanej, stalowej ławce podnosząc jeden z dwóch znoszonych glanów. Westchnąwszy głośno wcisnął go na nogę i zaczął mozolić się ze sznurowadłem. Uśmiech B. poszerzył się znacznie na ten widok. Nic nie mówiąc weszła do pomieszczenia. Mężczyzna podniósł na nią spojrzenie, gdy podchodziła do niego. Ona również zmieniła strój. Skórzane, obcisłe biodrówki opinały dolną część jej wspaniałej sylwetki, piersi i górną część pleców skrywał zaś czarny gorset z pobudzającym zmysły dekoltem i wiązaniami z krwistoczerwonych sznurków. Chmurny bez trudu dostrzegł tatuaż przedstawiający czerwony kwiat róży i kawałek jednego listka wystający ponad pasek spodni tuż pod jej pępkiem. Mimowolnie stwierdził, że zadaje sobie pytanie jak nisko sięga łodyga tego kwiatu, mimo, że znał przecież odpowiedź.
- Nigdy nie byłeś w tym dobry – skwitowała z rozbawieniem kucając przed nim. Jej dłonie ze zręcznością i szybkością wiewiórki zaczęły przewlekać końce sznurówki przez odpowiednie otwory dociskając i luzując, kiedy należało. Gromisław nie oponował, patrzył na nią tylko z góry, po raz kolejny uświadamiając sobie jak piękną jest ona kobietą. B., w czasie kiedy ją obserwował, założyła i zasznurowała mu drugiego buta.
- No, gotowe – oznajmiła wstając i uśmiechając się do niego. Chorąży również wstał robiąc dla próby parę kroków.
- Dzięki – powiedział biorąc z wieszaka pozbawioną rękawów, dżinsową katanę z logo "Hard Rock Cafe" na plecach. Róża spojrzała na niego uśmiechając się lekko.
- Widzisz? – spytała, spojrzawszy mu w twarz – Nie bolało.
- To nie – odparł rzuciwszy jej uważne spojrzenie.
- Słuchaj... – zaczęła po chwili krępującej ciszy, przerwał jej jednak uniesieniem dłoni.
- Już o tym dyskutowaliśmy – odpowiedział zakładając bandanę na głowę i wiążąc ją klasycznie – Dwa lata temu. Jasno powiedziałaś, czego chcesz. Nie ma więc już nic do powiedzenia.
Czarnowłosa patrzyła bez słowa jak zakłada kaburę z olbrzymim, złoconym Desert Eaglem, a wojskowy bagnet MK3 przytracza do pasa. Kiedy tylko skończył, nic nie mówiąc wyszli z szatni, a następnie z budynku. Czarny Indian ozdobiony na baku ciemnogranatowymi kwiatami róż na splecionych, liściastych łodygach stał tuż przy drzwiach. B. wsiadła na niego z wprawą odpalając od kopa. Grom usiadł za nią.
- Nie utrzymasz się w ten sposób – powiedziała, nie oglądając się jednak za siebie – I dobrze o tym wiesz.
- Racja – Gromisław odpowiedział powoli, po czym gwałtownie przysunął się do niej tak, iż ich ciała zetknęły się ze sobą, następnie zaś otoczył lewą ręką kobietę w pasie przyciskając ją mocniej do siebie. Dla obojga było to aż nadto znajome...
- W drogę – powiedziawszy to, Róża wrzuciła bieg i dodając gazu poderwała dawny wojskowy motocykl do drogi.

*Gra słów i dźwięków. Po angielsku jest to "B. Rose" co wymawiane brzmi identycznie jak "Be Rose" czyli "Być Różą".


Zobacz też:
» Sprawiedliwość Pogranicza I
» Sprawiedliwość Pogranicza II: Powrót do domu
» Sprawiedliwość Pogranicza IV: Wśród wrogów
» Sprawiedliwość Pogranicza V: Jak kij w mrowisko


Wierzbowski.
komentarz[13] |

Komentarze do "Sprawiedliwość Pogranicza [III]"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.
© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl

Wykryto nieautoryzowany dostęp!!!

   PATRONUJEMY

   WSPÓŁPRACA

   Sonda
   Czy interesują cię raporty z sesji NS?
Tak!
Nie.
A co to?
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Pasożyty
   Hibernatus (....
   Yakuza
   FATEout
   Legia Cudzozi...
   Pistolet Maka...
   Łowca - dzień...
   Neuroshimowe ...
   Śpiąca Królew...
   Bo kto umarł,...

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.032935 sek. pg: