..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
    ORBITAL MENU
    » Neuroshima
    » Świat
    » Bohater
    » Rozrywka
    POLECAMY

     SZUKAJ
    » Mapa serwisu
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

Sprawiedliwość Pogranicza II: Powrót do domu


Kiedy odzyskała przytomność, żałowała że udało się jej to zrobić. Bolało ją całe ciało, zarówno skóra, mięśnie jak i brzuch. Największym bólem promieniowała jednak głowa. Spróbowała się rozejrzeć, poruszyć. Ból nasilił się tak bardzo, że nie zdołała powstrzymać jęku.
- Postaraj się nie ruszać - usłyszała dobiegający z oddali męski głos. Mówił ze wschodnim akcentem. ‘Czy to on? Czy mnie w końcu dopadł? Czy to dlatego tak źle się czuję?’ - Pytania przelatywały przez jej umysł z prędkością naddźwiękową. Zamrugała oczami chcąc coś przez nie zobaczyć. Zorientowała się, że leży na plecach pod gołym niebem. Gwiazdy na nieomal idealnie czarnym, prawie bezchmurnym sklepieniu mrugały uspokajająco. Złoty, migotliwy blask bijący od ogniska dodawał otuchy. Była ciekawa, co ma na sobie, ale nie była w stanie podnieść głowy. Przekręciła ją tylko w stronę ognia i spojrzała w kierunku, z którego dochodził głos. Dostrzegła spowitą w cieniu, niewyraźną męską sylwetkę. To nie mógł być on... on nie był tak potężnie zbudowany.
- Z tego co wiem, po takim upadku jaki miałaś, możesz mieć wstrząs mózgu, dlatego postaraj się na razie nie ruszać za bardzo – odezwał się mężczyzna ponownie. ‘Upadku? Jakim upadku?‘ - zapytała w myślach i jakby na zawołanie zaczęły się jej przed oczami pojawiać obrazy. To, jak została złapana przez motocyklistów, to jak odebrała jednemu z nich broń i zdołała ukraść jeden z ich motorów oraz odzyskać swoje rewolwery. Szaleńczy pościg na szosie obok urwiska, zakończony wstrząsem i widokiem szybko zbliżającej się ziemi. Kiedy tylko ten obraz stanął jej przed oczami, poczuła jak buntuje się jej żołądek. Zakrztusiła się, ciało zaś instynktownie spróbowało przekręcić się na bok, aby nie doszło do udławienia się. Usłyszała gwałtowny ruch i moment później poczuła czyjeś dłonie robiące to, czego ona sama nie zdołała. Nie miała już żadnych powodów, aby powstrzymywać to, czego organizm od niej wymagał. Rzyganie pomogło. Kiedy nieznajomy odsuwał ją trochę od śmierdzącej kałuży parującej z bliskiej zera temperaturze ponownie zapadła w ciemność. Tym razem był to jednak tylko zwykły, głęboki sen...

Nie wiedziała ile czasu spała. Kiedy się jednak obudziła, wibracje oraz głośny warkot zasugerowały jej, że jest w jadącym pojeździe. Leżała na czymś nieszczególnie wygodnym i była przykryta czymś ciężkim i pachnącym mieszaniną dymu, piachu, wiatru i potu. Czuła się dużo lepiej niż za poprzednim przebudzeniem. Spróbowała się poruszyć i odkryła, że ból pojawił się znowu, ale był już na znośnym poziomie. Zsunęła więc to co zasłaniało jej twarz. W jasnym świetle dnia, które uderzyło jej w oczy dostrzegła, że jest to gruba, czarna skórzana kurtka nabijana ćwiekami i ozdobiona kilkoma krótkimi łańcuchami. Nie była specjalnie zadbana. Jej własna kurtka okrywała jej nogi. Moment później powiew wiatru owiał jej twarz, kiedy rozejrzała się dokoła. Leżała na tylnym siedzeniu osobowego samochodu sunącego przez pagórkowatą krainę. Kierowcą był mężczyzna o długich, ciemnych włosach i kilkudniowym zaroście. Miał potężne, muskularne ramiona i barki, mocno opięte przez za mały dla niego podkoszulek. Co chwila od jego głowy wzbijała się na moment smużka szarego papierosowego dymu, którą zaraz porywała wichura wdzierająca się do środka przez otwarte okno obok kierowcy. Rozglądając się dostrzegła, że na podłodze przed tylnym siedzeniem leżało sporo broni palnej. Zarejestrowała jednak od razu, że w żadnej nie ma magazynka. Natomiast zza oparcia siedzenia pasażera wystawała głowica jakiegoś miecza. Dostrzegła równie długą pochwę pod prawą pachą długowłosego. Kobieta zdała sobie również sprawę, że nie jest pewna czy dałaby obecnie radę skutecznie użyć broni...
- Kim jesteś? - spytała po chwili wahania. Mężczyzna momentalnie odwrócił się do niej i ukazał w uśmiechu trochę pożółkłe, ale poza tym zdrowe zęby.
- Mam na imię Gromisław – powiedział, szybko jednak spoważniał – jak się czujesz?
- Głowa mnie trochę boli – odparła i dopiero teraz poczuła suchość w gardle, ściskanie w żołądku oraz palenie całego przewodu pokarmowego – uhh....chyba wyrzygałam wszystko co zjadłam lub wypiłam przez ostatni tydzień...
- To musiało być tego niewiele – usłyszała w odpowiedzi. Gromisław sięgnął po menażkę, która leżała na prawym siedzeniu, odkorkował ją i pociągnął sporego łyka, następnie zaś podał ją kobiecie. Było to ciężkie wojskowe naczynie, chyba jeszcze pamiętające czasy Drugiej Wojny Światowej, lub jej dokładna kopia. Mieściło się w niej z dobre półtora litra. Czarnowłosa wzięła naczynie drżącymi rękami i upiła małego łyka. Napój był rzadki i słodki, przy drugim łyku wyczuła jednak w nim coś jakby pływające śmieci.
- Co to jest? – spytała ponownie przystawiając manierkę do ust.
- Woda z sokiem oraz miąższem z Kaktusa Wędrownika – mężczyzna spojrzał na nią ponownie – załagodzi ci problemy z żołądkiem i resztą tej drogi, miąższ zaś zaspokoi głód. Przynajmniej ten pierwszy.
Pokiwała głową i wróciła do picia, zwłaszcza, że ten napój faktycznie pomagał. Jechali przez chwilę w milczeniu. Ciemnowłosy zgasił resztkę papierosa i przymknął okno. Słyszalny warkot silnika zelżał. Skończywszy pić, kobieta odstawiła pustą menażkę. Czuła się znacznie lepiej, do tego stopnia, że zaryzykowała i spróbowała usiąść. Udało jej się.
- Dziękuję – powiedziała uśmiechając się po raz pierwszy – nazywam się Natalie Stark. Dzięki za to, że mi pomogłeś.
- Cieszę się, że mi się udało Nat, jednak nie miej złudzeń. Będziesz musiała odpracować mój wysiłek i zużyte środki.
- Czy to dlatego nie mam na sobie spodni? – spytała, a uśmiech zniknął z jej ust, wzrok zaś stwardniał.
- Nie masz ich na tyłku, dlatego, że potrzebowałem założyć ci opatrunek na miejsca gdzie porozbijałaś i pozdzierałaś skórę. Mógłbym spróbować założyć ci je z powrotem, ale albo by od tego rozpadły się one albo twoje nogi. Z dwojga złego chyba jednak lepiej abyś siedziała z nagimi nogami, nie sądzisz?
- Zgrabna odpowiedź – wycedziła tylko.
Gromisław wykrzywił usta w grymasie zażenowania.
- Słuchaj, na przyjemność to ty sobie musisz zasłużyć...
Kobieta spojrzała na niego uważnie, nie odpowiedział jednak tym samym, skupiając się na jeździe. Dostrzegła jednak jak zacisnął mocniej dłonie na kierownicy. Jechali przez chwilę w milczeniu. Natalia nie wytrzymała pierwsza.
- Gromisław jak się domyślam to imię, a nazwisko? – spytała. Mężczyzna rzucił jej tylko spojrzenie i ponownie skupił się na prostej jak drut drodze przed maską. Zrozumiała od razu, o co mu chodzi, uniosła więc pojednawczo ręce.
- W porządku, przepraszam, nie chciałam urazić...
- Chciałaś – odparł tylko zimno. Otwarła usta, aby czymś odpysknąć, zamknęła je jednak ponownie. Mężczyzna miał rację i wiedziała o tym.
- Słuchaj, założyłam po prostu...
- Źle założyłaś – wpadł jej w słowo, a w jego głosie wyczuwała gniew. Zdała sobie sprawę, że musiała poruszyć jakąś drażliwą sprawę. Odetchnęła głęboko i po chwili odezwała się ponownie.
- Naprawdę przepraszam.
Ciemnowłosy odwrócił się ponownie i skupił na niej swoje szare oczy. Nie spuściła wzroku. On zaś po chwili kiwnął głową.
- W porządku – i ponownie wrócił do patrzenia na drogę.
- Więc jak to jest z tym nazwiskiem? – spytała po kolejnej chwili ciszy.
- Chmurny – odparł jej po chwili. Usłyszawszy nazwisko powtórzyła je niemo i ponownie razem z imieniem.
- Gromisław Chmurny... jesteś Polakiem?
- Yup... swoja drogą gratulacje, mało który amerykaniec umie to wymówić poprawnie – uśmiechnął się mówiąc to. Natalie również się uśmiechnęła.
- Więc... gdzie jedziemy? – spytała wracając do pozycji leżącej bowiem trochę zakręciło się jej w głowie.
- Do domu – Gromisław spojrzał na nią ponownie – miałaś wstrząs mózgu, a ja nie jestem lekarzem, wolę więc pokazać cię jednemu znajomemu, aby sprawdził czy aby na pewno wszystko w porządku. Przy okazji będziesz tam mogła odpracować to, co jesteś mi winna.
- Jak odpracować? – zaciekawiła się.
- Jak będziesz chciała, wybór pracy jest spory, w zależności od tego, co umiesz.
- A jak nic nie umiem? – uśmiechnęła się ponownie.
- To ulicę też trzeba sprzątać – odparł wyszczerzając się szelmowsko – ale wątpię abyś nic nie umiała. Widziałem jak poradziłaś sobie z tym ciężkim cruiserem oraz jak strzelasz. Z tymi umiejętnościami daleko zajdziesz.
- No nie wiem – spochmurniała – były za słabe, aby nie musiał ratować mnie rycerz w lśniącej zbroi.
- Do usług pięknej pani – odpowiedział dwornie, czym wywołał ponownie jej uśmiech – a umiejętności były dobre, było ich po prostu za dużo.
- Ty nie miałeś problemu – zauważyła.
- Bo skupiali się na tobie, poza tym jeżdżę najlepszą rzeczą po czołgu, a trudno na to coś poradzić z motoru.
- Taa... pewnie masz rację – pokiwała głową, wzdychając jednak. Polak spojrzał na nią i sięgnął po coś na siedzenie obok siebie. Natalie podniosła gwałtownie wzrok jak zobaczyła jeden ze swoich rewolwerów. Olbrzymi Smith&Wesson Model 28 zalśnił w słońcu niklowanym szkieletem. Głowy orłów wygrawerowane z obu stron sześciocalowej lufy wywoływały refleksy, kiedy ważył broń w ręku.
- Opowiedz co nieco o sobie – poprosił sprawdzając ustawienie celownika.
- Co chcesz wiedzieć? – spytała obserwując uważnie jego poczynania.
- No, skąd pochodzisz, czym się zajmowałaś, czym interesujesz... i gdzie dorwałaś te armaty – ostatnie powiedział uśmiechając się i odkładając broń – są w idealnym stanie, nawet nie porysowane...
- Pochodzę z Merlin w Oregonie – zaczęła po chwili przymknąwszy oczy jakby chcąc sobie wszystko lepiej przypomnieć – nie znałam nigdy swojego ojca, wychowywał mnie dziadek, który był w mieście szeryfem przed tym wszystkim. Używał zawsze Colta Pythona, zaczęłam więc sama strzelać z takiego, jak miałam 15 lat. Dlatego spokojnie mogę z nich korzystać.
- Skoro wszystko wyglądało tak ładnie, to co robiłaś na tamtej drodze? Do Oregonu stąd szmat drogi – spytał nim pomyślał...
- Jak skończyłam dziewiętnaście lat, to zaczęłam pomagać dziadkowi w pracy jako zastępca. Wiesz, jaki jest teraz świat, zawsze było kupę roboty, a on nie robił się młodszy. W końcu przeszło pięć lat temu umarł na zawał w czasie strzelaniny i przejęłam gwiazdę szeryfa. To wtedy nabyłam najwięcej praktyki w jeździe na motorze i strzelaniu z ciężkich rewolwerów. Niestety, dwa sezony temu pościg za kilkoma motocyklistami odciągnął mnie od Merlin, a w tym czasie na miasteczko napadł jeden z oddziałów maruderów z północy. Jak wróciłam, zgliszcza już dogasały. Zebrałam co się dało i ruszyłam na wschód szukać nowego życia, nie było w końcu sensu ich ścigać, było ich za dużo. Potem to już pewnie historia, jakich wiele. Związałam się z nieodpowiednim facetem, który ukradł mi wszystko, co miałam i zostawił na pustyni. Na szczęście znalazłam ruiny jakiegoś kościoła, a tam jeden z tych budowanych pod nimi schronów. Klecha był na szczęście człowiekiem życiowym i oprócz biblii i innych kościelnych rzeczy trzymał tam też kilka kompletów ubrań, oraz te dwa SW z zapasem amunicji. Potem zaś pewnego dnia w miasteczku ileś mil stąd trafiłam na jednego grubego azjatę, który coś ode mnie chciał, lub raczej chciał mnie. Miał paru kumpli do pomocy, na szczęście udało mi się wyrwać jednemu z nich nóż, zdobyć motor i ruszyć w trasę. Resztę już znasz.
Gromisław pokiwał głową.
- Faktycznie, zdarzało mi się już słyszeć podobne historie – powiedział drapiąc się po czole, dodał jednak z uśmiechem – nie powiedziałaś jeszcze, czym się interesujesz.
Natalie udzielił się uśmiech.
- Jako dziecko lubiłam czytać, potem zostałam typową wiejską dziewczyną. Lubię potańczyć, pośpiewać, pobyć wśród przyjaciół, czasem pohaftować, obejrzeć jakiś film, czy zrobić coś zupełnie innego – odpowiedziała uśmiechając się smutno – niestety, ostatnio miałam na to niewiele okazji...
- Głowa do góry dziewczyno – Ciemnowłosy odwrócił się do niej ponownie z szerokim, szczerym uśmiechem – jak trafimy do mnie, to będziesz mogła ponownie skupić się na życiu, a nie tylko przeżyciu. Gwarantuję.
- A jak daleko jeszcze do tego twojego raju na przeklętej ziemi? – jej uśmiech również stał się bardziej rozbawiony.
- Jakieś... trzy minuty – odpowiedział Polak wskazując dłonią przed siebie. Czarnowłosa uniosła się trochę i spojrzała nad siedzeniem pasażera. Kilka mil przed nimi wznosiła się wysoka na kilkanaście stóp ściana w środku, której majaczył prostokątny, spory otwór. Kojarzyła się z murem obronnym, jakie otaczały warowne budowle w dawnych wiekach. Przed samą konstrukcją krzątało się kilkanaście osób i stało zaparkowanych kilka ciężkich pojazdów wojskowych. Dostrzegła cztery czołgi i jeden gąsienicowy transporter opancerzony. W miarę tego jak się zbliżali dostrzegała coraz więcej detali. Mór miał może z piętnaście stóp wysokości i był sklecony z połączonych ze sobą wraków, złomu, stalowych beli i gruzu połączonych betonem. Na szczycie muru chodziło kilka osób widocznych mniej więcej od pasa co sugerowało pomost dla strażników, a kto wie czy nawet nie znaczną szerokość muru. Otwór był tak naprawdę bramą. Ciężkie stalowe pojedyncze skrzydło było otwarte i można było przezeń dostrzec niewyraźną pogrążoną w cieniu starą ulicę. Nad znajdującym się nad bramą wysunięciu i podwyższeniu muru, swoistej wieży łopotała dumnie duża, biało-czerwona flaga.
Plymouth zwolnił znacznie, po czym zatrzymał się kilka jardów przed linią, jaką tworzyli pracujący ludzie. Gromisław zgasił silnik i wysiadł z samochodu, nie zamknąwszy jednak drzwi. Dwie osoby, mężczyzna i kobieta, oboje o jasnych włosach, ale zgoła odmiennym wzroście podeszli do auta. Oboje mieli na sobie zielone kamizelki i byli uzbrojeni w karabiny oraz broń krótką.
- Kim jesteś i z czym przybywasz? – spytali spokojnie.
- Chorąży Gromisław Chmurny z Pierwszej Kompani Zwiadowczej – ciemnowłosy przedstawił się płynnie – wracam ze zwiadu, w dodatku mam ranną.
- Data bitwy pod Kircholmem? – spytała kobieta po polsku.
- 27 września 1605 roku – zwiadowca odpowiedział nieomal znudzony.
- Kto dowodził? – dorzucił mężczyzna.
- Naszymi hetman Chodkiewicz, Szwedami Carolus IX.
- A artylerią, dzięki której wygrali Szwedzi? – dorzuciła jeszcze jasnowłosa.
- Święty Mikołaj razem z wróżką od zębów i Dzwoneczkiem – Gromisław popatrzył na nią z góry co nie było łatwe jako, że była wyższa od niego o dobre dwa cale – jak już chcesz robić podchwytliwe pytania to rób je z głową, dobra?
- W porządku panie chorąży – oboje stanęli na baczność – możecie wjeżdżać.
- Spocznij – odparł im Chmurny i wrócił do samochodu.
- Coś nie tak? – spytała Natalie kiedy uruchamiał silnik.
- Zapomniałem, że młodzi strażnicy robią się drażliwi, kiedy czołgi są instalowane na pozycjach obronnych – odparł ruszając wolno przed siebie – lubią wtedy sprawdzać nawet samotnych jeźdźców.
Samochód minął gruby na trzy stopy mur i wjechał na jezdnię. Budynki, betonowe, drewniane i mieszane, stojące po obu stronach jezdni były ruinami, ale wyraźnie zaadoptowanymi do nowego zamieszkania. Pozasłaniane dziury w ścianach, pozalepiane gipsem otwory po kulach i odłamkach, gdzieniegdzie wyróżniała się nawet świeża farba. Stark obserwowała to uważnie oniemiała z wrażenia. W czasie swojej wędrówki nieraz widziała jak ludzie żyli we współczesnym świecie. Wszędzie była to jednak tylko wegetacja, dbanie o to, aby to, co mają, nie rozpadło się bardziej. Po raz pierwszy zaś widziała, aby ktoś odbudowywał otaczający go świat, wykorzystywał zaistniałą sytuację i tworzył dzięki temu coś nowego. ‘Z drugiej strony’ - pomyślała - ‘czy my nie postępujemy podobnie?’.
GTX toczył się powoli pokrytą chłodnym cieniem ulicą, mijając zajmujących się różnymi rzeczami ludzi, stragany handlowe, patrole wojskowe, grupki bawiących się dzieci, czy ekipy umorusanych brudem sprzątaczy, remontujących i budowniczych. Życie kwitło w krainie śmierci. W chaosie rodziła się nowa cywilizacja.
Chwilę potem, po kilku skrętach, ciemnowłosy zatrzymał samochód przed niskim, murowanym budynkiem pokrytym starym, zblakłym żółtym tynkiem. W otwartych oknach widać było krzątających się ludzi, a na sporym parkingu stało kilka różnych pojazdów, od motocykla po wojskową półciężarówkę. Gromisław zgasił silnik i wyjął kluczyki.
- Jesteśmy na miejscu – powiedział rozkładając fotel i wyciągając do niej ręce – chodź.
Czarnowłosa przesunęła się w jego stronę i pozwoliła wziąć na ręce. Mężczyzna okrył jeszcze jej nagie nogi kurtką i ruszył w stronę ciężkiej kotary zastępującej wybite dawno temu drzwi. Było mu znacznie łatwiej ją nieść teraz, kiedy pomagała mu obejmując go za szyję. Kobieta zaś patrzyła dokoła oglądając wszystko. Miasto było niewielkie, widziała zarysy otaczającego go muru. Jak oceniała mogło tu spokojnie żyć może nawet do tysiąca osób. Nad ulicami na wietrze łopotały rozciągnięte pomiędzy budynkami olbrzymie płachty materiału, chroniące tym samym przed najgorszym słońcem. Natalie zorientowała się, że w tym miejscu jak najbardziej da się żyć. Przylgnęła mocniej do Gromosława, kiedy przenosił ją przez wejście.
Budynek musiał być jakąś przychodnią lub małym szpitalikiem, co sugerowały sterylne, szerokie korytarze pomalowane na spokojne kolory. Mężczyzna podszedł do starej, tęgiej murzynki robiącej na drutach w bujanym fotelu, parę metrów od wejścia.
- Witam. Jest może doktor Kronosiński? – spytał, kobieta zaś podniosła na niego oczy i uśmiechając się odparła:
- Witaj dziecino. Jest w pokoju dwunastym, ale ma obecnie pacjenta.
- Coś, co ma być za zamkniętymi drzwiami?
- Nie, tylko problemy z ręką, możecie wejść, jeśli chcecie.
- Dziękuję pani – ciemnowłosy również się uśmiechnął i ruszył w głąb korytarza. Stara kobieta odprowadziła go chwilę wzrokiem, po czym westchnąwszy wróciła do przerwanej robótki.
Pokój numer 12 znajdował się za zakrętem korytarza. Różnił się od większości tym, że nadal miał oryginalne drzwi, choć mocno już ziszczone to jeszcze funkcjonalne. Natalie przekręciła klamkę, Gromisław zaś pchnął je nogą i weszli do przestronnego pomieszczenia z czterema łóżkami i taką samą ilością kompletów wyblakłych parawanów. Z pomieszczenia za drzwiami po lewej stronie dało się słyszeć odgłos stolarskiej pracy. Pod jednym z okien, na jednym nieosłoniętym parawanem szpitalnym łóżku, siedziały dwie osoby. Potężnie zbudowany, wysoki brunet o spokojnej twarzy mający na ramionach szary, lekarski kitel uważnie wodził palcami po przedramieniu niskiego, szczupłego chłopaka o rudych włosach. Mógł mieć góra szesnaście lat, a zgrubienie na ręce sugerowało krzywo zrośniętą kość przedramienia.
- Taa... – powiedział po chwili brunet zostawiając rękę chłopaka – trzeba to będzie złamać i nastawić ponownie.
Rudowłosy zbladł trochę, mężczyzna zaś wziął notatnik i ołówek i szybko coś napisał.
- Doktorze… – zaczął nastolatek – czy to konieczne?
- Inaczej tego nie zrobię chłopcze, to jedyny sposób na to abyś odzyskał pełną sprawność. Jak chcesz kiedyś dołączyć do Piątego Batalionu Desantowo-Szturmowego, to potrzebował będziesz obu rąk tak sprawnych jak tylko się da – mężczyzna westchnął ciężko, spoglądając na młodzieńca – przykro mi mały.
- Ale...
Brunet uśmiechnął się kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Chodzi ci o znieczulenie prawda?
Chłopak pokiwał głową uśmiechając się zawstydzony.
- Nie masz się, czego wstydzić – Chmurny odezwał się spokojnie – nikt normalny nie lubi bólu. Ale nie martw się, znam doktora Kronosińskiego i nie zrobi ci czegoś takiego na żywca.
- Cześć Grom – lekarz kiwnął zwiadowcy głową, po czym spojrzał w stronę drzwi po lewej – Venson, chodź no tu!
Odgłos stolarki ucichł i drzwi otworzyły się po chwili. Wysoki, krótko ostrzyżony blondyn w dżinsach i flanelowej koszuli bez rękawów, okręconymi pasem ze stolarskimi narzędziami wszedł do sali otrzepując ręce z drewnianego pyłu.
- Co jest? – spytał po polsku, kiwając ciemnowłosemu na powitanie głową. Doktor zaś zwrócił się do chłopaka.
- Masz teraz wybór Zenonie – powiedział spokojnie – albo nasz przyjaciel Venson ogłuszy cię na miejscu, co zrobi za darmo...
Jakby na potwierdzenie tych słów stolarz zaczął rozgrzewać potężne pięści, przez co chłopak zbladł jeszcze bardziej. Gromisław uśmiechnął się lekko rozbawiony, Konosiński zaś uspokajająco kontynuował swoją wypowiedź.
- Albo weźmiesz tę receptę i pójdziesz do jakiegoś baru, aby spić się do nieprzytomności. Będziesz wtedy musiał jednak zapłacić za alkohol.
Chłopak zgarnął receptę i jak strzała wystrzelił z pomieszczenia.
- Znowu uciekł... - blondyn oklapł zawiedziony – ostatnio zawsze uciekają.
Lekarz i zwiadowca gruchnęli śmiechem, Venson mruknął na to coś pod nosem i wrócił do swojego pokoju zatrzaskując za sobą drzwi. Gromisław podszedł do łóżka pod oknem i położył na nim Natalie, po czym mając już wolną rękę uścisnął podaną mu przez bruneta prawicę.
- Fajnie, że wróciłeś – powiedział lekarz. Ciemnowłosy pokiwał głową.
- Nie ma to jak w domu – odrzekł – poopowiadam później, póki co, mam dla ciebie pacjentkę.
- Właśnie widzę – odparł mu rozmówca podając kobiecie dłoń.
- Natalie Stark, doktor Kamil Kronosiński – Chmurny dokonał prezentacji, kiedy uścisnęli sobie dłonie. Kamil pochylił się jeszcze i ucałował dłoń kobiety.
- W czym jest problem? – spytał, obserwując dokładnie czarnowłosą.
- Spadłam z motocykla – odpowiedziała szybko.
- Przy jakichś stu milach na godzinę – dorzucił chorąży krzyżując ramiona na piersi – stary, żałuj że nie widziałeś jak się ścigała i oganiała od...
- Opowiesz mi później – przerwał mu lekarz – czy coś sobie pani złamała?
- Nie – odpowiedziała z ulgą – ale nabawiłam się na pewno wstrząsu mózgu, nie wiem też czy czegoś sobie jeszcze nie uszkodziłam dodatkowo.
- W porządku – lekarz kiwnął głową, po czym spojrzał na drugiego mężczyznę – Grom, muszę zbadać panią. Wyjdź, proszę.
- Jasne, odwiedzę więc Wilka i kwatermistrza. Wpadnij potem to poopowiadam, co widziałem i spotkałem, a jeśli zwolnisz dzisiaj naszą koleżankę to przyprowadź ją, aby odebrała swoje spluwy. – Powiedziawszy to, zwrócił się do kobiety ponownie po angielsku – Nat, Kamil musi cię zbadać, dokładniej niż zrobiłem to ja. Jeśli uzna, że możesz od razu wyjść, to załatwi dla ciebie jakieś spodnie, czy w ogóle całe ubranie i zaprowadzi do mnie. Póki co zaś zajmę się swoimi sprawami.
Mówiąc to, ruszył do drzwi.
- Poczekaj – powiedziała złapawszy go za rękę. Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił do niej ponownie. Stark, przyciągnęła go mocniej i podniósłszy się trochę pocałowała go w policzek.
- Dziękuję za uratowanie życia. – rzekła, uśmiechając się. Chmurny skinął jej głową, również się uśmiechając.
- Cała przyjemność po mojej stronie, proszę pani. – Oznajmił, ruszając ponownie do wyjścia. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, doktor Kronosiński przeniósł jeden z parawanów i zasuwając go odciął łóżko od reszty pomieszczenia. Zamknął też ciężkie, drewniane okiennice.
- Zaczynamy? – spytał patrząc na kobietę. Ta bez słowa zsunęła z siebie kurtkę i zaczęła zdejmować koszmarnie pomięty, w kilku miejscach poprzerywany fioletowy podkoszulek bez żadnych nadruków. Bandaże, które miała na ciele, wymagały wymiany.
- Ciekawy tatuaż – powiedział lekarz patrząc na jej zdrowe ramię. Widniał na nim niewielki czarny nietoperz na tle niebieskiej stylizowanej kuli ziemskiej.
- Widziałam gdzieś taki symbol – odpowiedziała uśmiechając się – chyba w jakimś komiksie. Spodobał mi się, więc jak kiedyś byłam pijana, to kazałam go sobie zrobić. Byłam na szczęście na tyle przytomna, aby zrobić go sobie na ramieniu, a nie...gdzieś indziej... - Parsknęła śmiechem, Kronosiński również się roześmiał...
- W porządku – powiedział po chwili – bierzmy się do pracy...

Gromisław zatrzymał Plymoutha na podjeździe sporego, dobrze utrzymanego domu z dużym garażem. Budynek był drewniany parterowy, ale z poddaszem zaadoptowanym na kolejne piętra. Pokryty świeżą papą dach czernił się na słońcu, zaś nie pomalowane dechy ścian sprawiały wrażenie wewnętrznego ciepła. Ciężkie okiennice były otwarte, a na prowizorycznych huśtawkach, na czymś co było kiedyś trawnikiem, bawiła się gromadka dzieci. Jak tylko krążownik podjechał, zerwały się z krzykiem i pobiegły w jego stronę. Jedynie najstarsze z nich, na oko ośmioletnia dziewczynka pobiegła w stronę otwartych drzwi garażu.
- Tato – zawołała zaglądając do środka. Wewnątrz był urządzony warsztat samochodowy z prostym wyposażeniem. Stały w nim trzy auta. Najbliżej wejścia z podniesiona maską znajdowało się białe Caramo, spod którego wystawała para nóg w bojówkach i wojskowych butach. Jak tylko dziewczynka zawołała ich właściciel wysunął się cały spod pojazdu i spojrzał na nią.
- Wujek Grom wrócił – powiedziała mała i zamiótłszy złotymi włosami ruszyła biegiem z powrotem. Może trzydziestoletni mężczyzna uśmiechnął się słysząc to i wstał sprężyście na równe nogi. Był wysoki na sześć stóp i musiał ważyć dobre dwieście dwadzieścia funtów. Bawełniany podkoszulek na ramiączkach był poznaczony smarem i innymi płynami ustrojowymi pojazdów. Potężne mięśnie grały miarowo pod mocno opaloną skórą, kiedy wycierał ręce z oleju wychodząc na zewnątrz. Trafił akurat na moment, w którym długowłosy sadzał sobie „na barana” czteroletniego Chucka, tylko po to, aby trzyletnią Ororo wziąć na lewe ramię. I tak trójka innych dzieci biegała wokół jego nóg, kiedy szedł w stronę garażu.
- Witaj w domu Grom – mechanik uśmiechnął się wyciągając do niego prawicę. Zwiadowca uścisnął ją mocno, również się uśmiechając.
- Dzięki Wilku, swoją drogą – sięgnął za pazuchę i wyjął foliową paczkę – mam coś dla ciebie.
Wilk przyjął zawiniątko i przeciągnąwszy dłonią po króciutko przyciętych, ciemnych włosach otworzył je. W środku był czarny, bawełniany podkoszulek z wizerunkiem złotego trójzębu. Zdziwiony popatrzył na Gromisława.
- Skąd to masz? – spytał.
- Znalazłem porzuconego tira, który przewoził całą pakę wojskowych koszulek – odpowiedział młodszy mężczyzna wskazując na swój własny podkoszulek z podrasowanym logo sił specjalnych – ogólnie rzecz ujmując był to udany zwiad.
- Hmm... – mechanik ruszył w stronę GTX, po drodze pogłaskawszy po włosach pięcioletniego Nipa. Zatrzymał się obok powgniatanego tylnego błotnika.
- Z tego, co widzę, nie obeszło się jednak bez emocji – oznajmił, zaś dostrzegłszy wgniecenia w tylnym zderzaku dorzucił – silniejszych emocji.
- Właśnie chciałem cię prosić o zrobienie przeglądu i napraw – odparł chorąży podchodząc również do samochodu – sądzę, że szkielet jest nienaruszony, ale blachy trzeba wyklepać na pewno tak samo jak połatać kilka kolejnych dziur po kulach.
- Z tym będzie problem – Wilk oparł się o samochód i wkładając dłonie do kieszeni spojrzał na młodszego mężczyznę – wiesz, że robociznę masz za darmo, ale zaopatrzenie głowę mi urwie, jak znowu połatam ci samochód za friko.
- Zajrzyj na tylne siedzenie i bierz ile ci potrzeba – długowłosy wzruszył ramionami uśmiechając się. Wyższy mężczyzna odwrócił się tylko i zajrzał na wspomniane miejsce. Kiwnął głową, otwierając drzwi i zaczął przeglądać zebraną tam broń.
- To wystarczy w zupełności – powiedział wyjmując pistolet i dwa automaty, zatrzymał się jednak spojrzawszy na przednie siedzenie pasażera – no bez jaj.
Gromisław zaśmiał się widząc jak jego przyjaciel wychodzi z samochodu trzymając w rękach miecz Atlantów.
- Gdzie to dorwałeś? – spytał obracając mieczem w dłoni parę razy – dobrze wyważony...
- Znalazłem w kolekcji jakiegoś pasjonata, razem z całym pudłem książek i kilkoma innymi rzeczami. Swoją drogą, trzeba będzie tam wysłać ekipę logistyczną, bo koleś miał własną siłkę. Nie licząc nalotu rdzy, utrzymała się całkiem nieźle.
- A mężczyźni jak zwykle się bawią – usłyszeli od strony domu – i można by na obiad wołać i wołać.
Obaj spojrzeli w stronę wejścia do budynku. Stała tam niewysoka, blond włosa mulatka w kwiecistej, niebieskiej szerokiej sukience przepasanej kuchennym fartuchem.
- Cześć Ann – Chmurny kiwnął jej głową, jednak zatrzymał się na chwilę, widząc jej wzdęty brzuch. Spojrzał wymownie na Wilka.
- Słowo daję, jak kiedyś, nie daj Boże, wyjadę na parę lat, to już się pogubię w liczeniu – powiedział klepiąc mechanika po pokrytym tatuażem ramieniu.
- Odp się, ok? – odparł mu krótkowłosy – ósemka to nie tak znowu dużo...
Zwiadowca jedynie popatrzył na niego wymownie, co Wilk skwitował głośnym śmiechem i klepnąwszy długowłosego w ramię skinął w stronę domu.
- Chodźmy jeść, w tym stanie moja pani nie powinna za długo stać – oznajmił ruszając do wejścia – samochodem i resztą zajmiemy się później.
- Nie musisz mi dwa razy powtarzać, jestem głodny jak wilk. Przy okazji złożę ci dokładny raport z tego, co widziałem, poruczniku...


Zobacz też:
» Sprawiedliwość Pogranicza I
» Sprawiedliwość Pogranicza III: Róża
» Sprawiedliwość Pogranicza IV: Wśród wrogów
» Sprawiedliwość Pogranicza V: Jak kij w mrowisko


Wierzbowski.
komentarz[31] |

Komentarze do "Sprawiedliwość Pogranicza [II]"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.
© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl

Wykryto nieautoryzowany dostęp!!!

   PATRONUJEMY

   WSPÓŁPRACA

   Sonda
   Czy interesują cię raporty z sesji NS?
Tak!
Nie.
A co to?
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Pasożyty
   Hibernatus (....
   Yakuza
   FATEout
   Legia Cudzozi...
   Pistolet Maka...
   Łowca - dzień...
   Neuroshimowe ...
   Śpiąca Królew...
   Bo kto umarł,...

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.030822 sek. pg: