..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
    ORBITAL MENU
    » Neuroshima
    » Świat
    » Bohater
    » Rozrywka
    POLECAMY

     SZUKAJ
    » Mapa serwisu
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

Hibernatus (Prolog)



-John! Wracaj natychmiast! Obiad stygnie!
Mały chłopczyk uniósł głowę znad starego, pogniecionego i wyblakłego magazynu i spojrzał przez ścianę stodoły w stronę domu i dobiegającego z ganku głosu matki. Zamknął ostrożnie magazyn i z czułością, właściwą dziecku obchodzącemu się ze swym najukochańszym skarbem, schował go pod obluzowaną deskę klepiska.
-John! Gdzie się podziewasz!?
Chłopiec poderwał się i wybiegł z półmroku na jasne słońce popołudnia.
Liście drzew szumiały na wietrze, soczysta trawa zieleniła się na łąkach, żyto złociło na polach, a ogród matki rozsiewał cudowny zapach bzu i magnolii.

Huk wyrwał go ze snu. Otworzył oczy i zaczął nasłuchiwać- odruchowo. Cisza. Tylko w oddali odgłosy serii z karabinów maszynowych i kolejne, oddalające się wybuchy.
Podniósł się z podłogi i wyjrzał ostrożnie przez strzaskane jakimś dawnym wybuchem okno. Jak okiem sięgnąć ruiny- cmentarzysko upadającej cywilizacji- martwe, puste skorupy kamienic starego miasta.
Zaczął metodycznie zwijać śpiwór. Trzeba poszukać czegoś do jedzenia, pomyślał kończąc pracę i zapakował zawiniątko do plecaka. Narzucił pakunek na plecy, zszedł ostrożnie z trzeciego piętra zniszczonego budynku i ruszył przez ruiny. Gdzieś z daleka dobiegł huk, a zasnute chmurami niebo rozjaśnił na chwilę błysk eksplozji.


Stary Timmy zakrztusił się gwałtownie i prawie rozlał cienką zupę, którą jadł. Jeden z czujników ruchu musiał coś wykryć, bo rozległ się przenikliwy dźwięk z konsoli i zapulsował czerwono ekran... po raz pierwszy od pięciu lat!
Starzec pokuśtykał pospiesznie do monitora i wystukał parę komend- interfejs graficzny nie działał od czasu gdy padł procesor odpowiedzialny za jego obsługę. Chwilę trwało nim kamera zaskoczyła, a dawno nie używany system nadzoru wizualnego przełączył tryb wyświetlania i przekazał analogowy obraz na monitor.
Jakiś mężczyzna wchodził właśnie w wewnętrzny obręb ogrodzenia. Jak do stu diabłów dostał się tak daleko nie uruchamiając czujników przy zewnętrznym murze?
-Zbyt długo tam nie zaglądałem.- mruczał do siebie Timmy.- Zbyt długo. Te cholerne kwaśne deszcze. Szlag trafił pewnie całą instalację.
Mężczyzna wyszedł z obszaru monitorowanego i zniknął na chwilę. Timmy czekał cierpliwie, aż system przeskoczy miedzy trybami pracy i przełączy na następną kamerę. Sekunda mijała za sekundą i nic się nie działo. Jeszcze moment... nic.
Staruszek zaklął szpetnie i przeszedł na sterowanie ręczne. Jedna kamera- przełączenie, druga- przełączenie, trzecia... nic.
-Nie możliwe!- warknął.
Przez kilka chwil przełączał jeszcze obraz z kamery na kamerę, sprawdził rejestr czujników- nic.
Podniósł się w końcu gniewnie z krzesła i, złorzecząc staremu sprzętowi, ruszył do szafki. Założył płaszcz, wydobył karabin, załadował magazynek i sprawdził komputer balistyczny.
-Tylko na tobie można tu polegać Betty.- zachrypiał nerwowo do starej G36-tki i wyszedł na piaskową kurzawę.
Krótki bieg po stalowych rusztowaniach. Szlag by to trafił, żeby w moim wieku... Schody. Wszystko się sypie. Nowoczesna technika- dobre sobie! Śluza. Chociaż to już w końcu prawie trzecia dekada. Jeszcze korytarz ewakuacyjny i był już na zewnątrz...
Cisza. Wiatr huczał w ruinach bazy, niosąc drobinki pustynnego pyłu. Jak okiem sięgnąć martwe cmentarzysko uginających się pod ciężarem lat metalowych i żelbetonowych konstrukcji- atrapa zakładu otrzymywania fosforu, która przed wojną maskowała wojskowy ośrodek doświadczalny.
Timy jeszcze raz sprawdził ustawienia balistyki i optyki, przełączył na pełen automat i cichcem ruszył w kierunku kamery, która ostatnio zarejestrowała obcego.
Starzec znał ruiny jak własną kieszeń. W końcu mieszkał tu od ponad trzydziestu lat. Dziś jednak czuł się nieswojo. Awaria czujników, zagadkowe zniknięcie przybysza- co za parszywy dzień. Cholera, i jak on się tu dostał na piechotę? Przecież radar nie wykrył żadnego pojazdu. Musiał przejść ponad sto mil pustyni. I po co? Tutaj nie ma nic oprócz bazy. Może radar też nawalił... Baza! Ale skąd o niej wie?
Timy pożałował, że nie zabrał ze sobą więcej sprzętu. To mógł być jakiś cholerny złodziej, który chce się dorobić na jego rzeczach. Albo szpieg. Tylko czyj...? Tak, czy inaczej tacy z takimi to nie przelewki. W końcu świat to już nie piaskownica. Nigdy nią właściwie nie był, ale teraz to prawdziwe pole minowe dla każdego, kto zapuszcza się na nieznane tereny.
Gdzie on się podział? Starzec przyklęknął w miejscu, gdzie parę minut wcześniej przechodził obcy. Jasna cholera! Ślepnę czy co? Mam zwidy? Timy stawał się coraz bardziej nerwowy. Miał już parę razy do czynienia z intruzami, zwykle jednak system radził sobie z nimi sam. Albo wpadali na miny przed zewnętrznym ogrodzeniem, a on znajdował później szczątki, albo załatwiał sprawę za pomocą działek. A teraz musiał sypnąć się system. Akurat na stare lata!
Timmy podniósł się i syknął z bólu, bo coś strzeliło mu w krzyżu.
-Nie radzę.- warknął odwracając się błyskawicznie.- To cacuszko wypcha cię ołowiem jak indyk na święta dziękczynienia zanim zdążysz pierdnąć.
Nieznajomy kiwnął powoli głową i odsunął ręce od tułowia.
-Coś ty za jeden?
-Jestem John.
-Bardzo, cholera, interesujące. Po coś tu przylazł? Ten teren jest zajęty. Nie widziałeś tablic?
Nieznajomy znowu kiwnął głową, potwierdzając nie wiadomo którą część wypowiedzi starca.
Cisza ciągnęła się nieznośnie długo. Ręce Timmy’ego zaczęły się pocić, mimo, że noc była zimna.
-Czujny jesteś.- powiedział z uznaniem obcy, całkiem jakby to nie w niego mierzyła lufa nowoczesnego, szybkostrzelnego karabinku piechoty.
-I szybki jak na swój wiek.
-Co ty mi tu do diabła...
-Spokojnie.- przybysz uniósł dłonie.- Nie szukam kłopotów i nie mam zamiaru cie skrzywdzić. Szukam tylko pewnych danych.
-Ty skrzywdzić mnie?- Timy zaśmiał się nerwowo.- Człowieku, umrzesz zanim mrugniesz.
-Możliwe.
Starzec przełknął powoli ślinę. Ciężka cholera! Co jest te mną? Dlaczego go jeszcze nie rozwaliłem?
-Opuść, proszę, karabin. Mówiłem, że nie mam złych zamiarów.
-Niech cię... A skąd ja mam to wiedzieć?
-Nie mam broni.
-Ap... I przyszedłeś aż tutaj, sam, bez broni? Przez pustkowia?
-Umiem sobie radzić. To jak?
Timmy sam nie bardzo wierzył w to co robi, ale z jakiegoś powodu chciał zaufać obcemu.
-Dobra. Ale jeden fałszywy ruch i po tobie.
Nieznajomy po raz trzeci kiwną głową, a starzec opuścił powoli broń... I osunął się na ziemię tracąc przytomność.


Chłopak oparł kosę o wóz i odetchnął głębiej wonnym, jesiennym powietrzem. Zapadał zmrok. Ostatnie, pojedyncze promienie słońca, niczym krwawe lance, przestrzeliwały przez gałęzie drzew.
-Czas do domu synu. Koniec pracy na dziś. Mama czeka z obiadem, a my tu zasiedzieliśmy się troszkę.
Ojciec uśmiechnął się do syna, a Metro odwzajemnił jego uśmiech.
-Wrócę trochę później tato. Chce zajrzeć jeszcze do Michaela.
-Za często tam chodzisz.- Ojciec westchnął.- Co ci po tych książkach? Mężczyzna powinien ciężko pracować na swoją rodzinę, a nie zajmować się mrzonkami i marzeniami. Wiesz co o tym myślę.
-Tato...
-No dobrze.- ojciec uśmiechnął się smutno.- W końcu żyjemy w wolnym kraju. Idź jeśli chcesz tylko nie spóźnij się na kolację.
-Nie spóźnię się, tato.
-No to uciekaj.
-Ale pamiętaj moje słowa.- krzyknął jeszcze mężczyzna za odbiegającym chłopcem.- Te naukowe brednie doprowadzą jeszcze do jakiegoś nieszczęścia!
-Zawsze tak jest.- wymruczał już do siebie.


Świadomość powoli wracała, a wraz z nią potworny ból głowy. Timmy otworzył oczy i przez chwile walczył z zawrotami głowy. Dopiero po chwili pamięć wróciła.
Rozmawiali, potem on jak skończony kretyn opuścił broń i wszystko potoczyło się tak szybko, że nie bardzo wiedział co właściwie zaszło. Zdążył tylko poderwać karabin, ale zanim wystrzelił broń odskoczyła i potem była już tylko ciemność.
Poderwał się nagle i zatoczył, bo rozrywający ból eksplodował mu nagle pod czaszką.
-Spokojnie, panie Coen. Nie chciałem uderzyć mocno, ale w pana wieku...
-Co do stu diabłów...? Jak...? Skąd ty znasz moje nazwisko?
-Było w rejestrach.- Nieznajomy, który przedstawił się jako Metro stał przy terminalu komputera. Byli w pomieszczeniu, w którym Tim mieszkał.
-Czemuś mnie uderzył?
-Musiałem mieć pewność.
-Jaką cholera pewność!? Zakradasz się do mojego domu. Przekradasz niczym złodziej. Mówisz, że nie masz złych zamiarów. A potem walisz mnie w głowę! Kim ty do cholery jesteś?!
-Musiałem się najpierw upewnić kim jesteś.
-Ap... Jasna cholera... I czemu mnie nie zabiłeś?
-Uznałem, że nie jesteś już groźny. Zresztą z rejestrów bazy wynika, że byłeś pracownikiem rządowym. Masz prawo tu być.
-He...? Człowieku... Skąd ty się urwałeś? Rządu już dawno nie ma.
-Wiem.
Nieznajomy odwrócił się, usiadł przy konsoli i zaczął wydawać jakieś komendy.
-Hej! To tajne dane...! Nie wolno ci w tym grzebać.
-Sam powiedziałeś, że rządu już nie ma.
Timy miał dość. Od pięciu lat nie widział żywej duszy, a do trzydziestu nie zamienił słowa z nikim, nie licząc komputera bazy, któremu tryb komend głosowych wysiadł zresztą trzy lata temu i nie dało się go uruchomić bez części, których Timmy nie miał. A teraz ten facet, wyjęty jakby z innej bajki, a jednocześnie świetnie znający zabezpieczenia bazy, pakował mu się w życie jakby nigdy nic.
Skapitulował.
-Napijesz się herbaty? Hoduję jej trochę na poletku doświadczalnym.
-Herbata...- Przybysz podniósł głowę i zapatrzył się w pustkę.
- Z chęcią...- Uśmiechnął się nieznacznie.- Dziękuję.

-Więc mówisz, że skąd jesteś?
Siedzieli przy starym stole techników, na którym przed wojną nadawano materialną formę projektom najtęższych głów w stanach. Dziś służył Timmy'emu za jadalnię.
-Z... Z południa. Moi rodzice byli... farmerami.
-Byli...? Przykro mi John.
-To było dawno. Zginęli... podczas ataku... Nie było mnie przy tym.
-Tak... Cóż, moi pewnie też już nie żyją. Byli starzy już kiedy zaczynałem pracować w bazie.
Milkliwy gość, myślał Timmy. I dziwak. Mógł mnie jednak zabić, a nie zabił. Trochę szurnięty, ale dobrze mu z oczu patrzy. Eh, dobrze wreszcie z kimś pogadać. Prawie zapomniałem jak to jest. Tyle lat...
-Grasz w karty?- zapytał.- Mam tu gdzieś trochę starych chipsów. Są lekko przeterminowane.
-Nie nadawały się do jedzenia już przed wojną. Gram.- John uśmiechnął się.

Dni mijały. Jeden za drugim. Dwaj mężczyźni zagubieni gdzieś pośród pustkowi post nuklearnego świata. Za dnia pracowali razem w „szklarniach”. Zaprojektowane przed wojną hodowle służyły niegdyś eksperymentom nad zmutowanymi odmianami roślin zdatnymi do uprawy w bazach kosmicznych.
-Kto wie, Johny? Może gdyby nie ta zasrana wojna żylibyśmy dziś na Marsie.- powiedział pewnego razu Tim, gdy wspólnie sadzili nowe szczepy pomidorów.
-Nie wydaje mi się, przyjacielu.- John nie był człowiekiem rozmownym, ale nawet te krótkie wymiany zdań były dla starca miłą odmianą po latach spędzonych w samotności.
-Dobrze jest znowu móc rozmawiać.- Starzec uśmiechnął się nieznacznie i z trudem rozprostował krzyż.
-Cholerny reumatyzm. Rok temu skończyły mi się leki i od tego czasu rwie mnie w plecach, gdy tylko dłużej popracuję.
-Myślę, że można by na to coś poradzić.
-Hmm...?
-Masz tu trochę ziół. Znam się na trochę na naturalnej medycynie.
-Codziennie mnie czymś zadziwiasz, John.- Tim pokręcił powoli głową.- Czy jest coś na czym się nie znasz? Mechanika, elektrotechnika, informatyka, kryptografia, procedury bezpieczeństwa, medycyna naturalna- co jeszcze kryje się pod tą twoją czaszką?
-Ludzie.
-Co...?- Timy znieruchomiał ze skrętem w ustach i zapalniczką w uniesionej ręce.
-Ludzie. Nie znam się na ludziach.
-Heh...- odezwał się starzec po dłuższej chwili i odpalił papierosa.- Chyba nikt się na nich nie zna.
-Czasami myślę, że Bestia z Północy zna nas aż za dobrze.- szepnął John przerywając na chwilę pracę.
-Bestia...? Mówisz o tej maszynie z Kanady, która podobno wywołała wojnę?
-Nazywają ją Molochem.
-Więc ma już nawet imię. Nieszczególnie wyrafinowana nazwa, muszę powiedzieć.
- Ale bardzo trafna... Minęło już trzydzieści siedem lat. Ludzi nadają imiona swoim koszmarom, by bać się ich mniej.
-No proszę, panie psychologu. I kto tu nie zna ludzi?
-Psychologia nie tłumaczy czym jest człowiek. To tylko narzędzie służące oswojeniu własnej jaźni. Ludzie chyba nigdy nie chcieli rozumieć. Bali się wiedzy o samych sobie. Bali się tego co mogą tam znaleźć.
-Ha! Coś w tym jest! Coś w tym jest...
Rozmowa urwała się jak wiele innych wcześniej i obaj wrócili do wypełnionej milczeniem pracy.

Wracali do Budynku Nadzoru. Przechodzili właśnie przez ruiny starej stołówki, gdy Tim zatrzymał się nagle i zapytał:
-Mówiłeś o tym Molochu. Że uważasz, że on nas dobrze rozumie. Co miałeś na myśli?
John zatrzymał się, obejrzał na starca i odwrócił powoli.
-Tak.- Oparł się o ścianę i zapalił papierosa.- On nas zna. Miał pewnie dostęp do wszystkiego co kryła w sobie sieć- książki, czasopisma, sztuki, wiersze, traktaty naukowe, filozoficzne i historyczne. Wie wszystko co można o ludzkości wiedzieć nie będąc człowiekiem. Jest obiektywny. Pamięta każdy szczegół. Analizuje go wielokrotnie, zestawia z innymi i wyprowadza wnioski, które z kolei weryfikuje na podstawi innych danych i wniosków. Miał na to trzydzieści siedem lat. Sporo czasu jak dla superkomputera.
John zaciągnął się głęboko i wpatrzył w gwiazdy.
-Piękna dzisiaj noc. Takie czyste niebo.- szepnął i wypuścił dym z płuc.
-Myślisz, że TO „zastanawia się” nad nami?- głos starca gubił się w martwej ciszy przedwojennej bazy wojskowej.
-A czy ty nigdy nie myślałeś o swoim stwórcy? Nie zastanawiałeś się kim jest Bóg?
-Ale... Bóg?
-Stworzyliśmy go z nicości.
- ... Ale on nas zniszczył! Nie podnosi się ręki na Boga.
-Nie...?
-...
-Pomyśl starcze. Może on wcale nie jest taki od nas różny.
-Cholera. Przez te wszystkie lata nie było dnia, kiedy nie zastanawiałem się nad tym co zrobiliśmy źle, dlaczego przegraliśmy, gdzie popełniliśmy błąd... Ale nigdy nie myślałem o tej mitycznej maszynie, jak o osobie.
John pokręcił głową i po raz kolejny wypuścił dym z płuc.
-Bo to nie jest osoba. Nikt nie wie czym jest ta istota, jak myśli, ani do czego zmierza.
-Tak tylko myślałem...- dodał po chwili John, jakby te słowa wszystko wyjaśniały.
-Wracajmy, zbliża się burza piaskowa.- Zgasił papierosa i w milczeniu ruszyli w kierunku śluzy.

-Czego ty tam szukasz? Od trzech miesięcy grzebiesz w tych danych i nawet nie powiedziałeś po co?- Starzec westchnął siadając przy stole i patrosząc złapanego w sidła pustynnego królika.
-Może mógłbym ci pomóc. Trochę się na tym znam, wiesz? Sam tworzyłem część z tych rejestrów.
-Jak znajdę to czego szukam, powiem ci co to jest.- mruknął roztargniony John, marszcząc brwi i wpatrując się w ekran konsoli.
-Co?
-Eh...- John po raz pierwszy podczas pobytu w bazie okazał swoje emocje tak wyraźnie. Biły z niego wręcz znużenie i determinacja.
-Nie wiem dokładnie czego szukam. Chodzi o moją przeszłość, zagubioną gdzieś tam- wskazał ruchem głowy na ekran konsoli- w rejestrach.
-Czasami widzę urywki wspomnień, słyszę głosy, widze znajome twarze, którym nie potrafię nadać imion. Szukam... chyba szukam samego siebie.
-To znaczy, że nie pamiętasz kim jesteś? Nie wiesz skąd pochodzisz?
-Tak to wygląda.
-Ale znasz przecież swoje imię?
-Poznałem je we śnie. Tak wołała w nim do mnie matka. Myślę, że to była moja matka...
-Zaraz... Cholera. Przecież te rejestry nie były aktualizowane od wojny. Co chcesz tam znaleźć? Ojca? Dziadka?
-Sam nie wiem...
-Ale skąd pomysł, że znajdziesz to akurat tu, w komputerach bazy wojskowej?
-Jestem żołnierzem. Wiem to na pewno.- John spojrzał na swoje wyciągnięte dłonie.- Te ręce zabijają tak jakby zostały do tego stworzone.
-To jeszcze nie dowód...
-Zobacz tutaj.
-Jasna cholera!- wrzasnął nagle starzec i poderwał się z krzesła.
-Co?
-Ten tatuaż... To są insygnia Marine Corp!
-Wiem. Widziałem podobne na przedwojennych zdjęciach.
-Ale w takim razie musiałbyś mieć co najmniej pięćdziesiąt pięć lat!
-Niekoniecznie.
-Że jak...?
-Chyba muszę zacząć od początku. Masz gdzieś jeszcze trochę tej karbidówki?
-Coś się znajdzie.- odparł po chwili milczenia Timmy.

-Obudziłem się w jakiejś dziwnej kapsule. Potem okazało się, że był to hibernator. Głowa bolała mnie jakby coś wbijało mi się w nasadę czaszki. I rzeczywiście tak było. Byłem podłączony do maszyny za pomocą jakiegoś dziwnego złącza wczepionego chyba w rdzeń kręgowy.
Wyjąłem to paskudztwo, ale ból, który temu towarzyszył zaćmił mnie i straciłem znowu przytomność.
Kiedy znowu się ocknąłem stał nade mną jakiś człowiek. Wyglądał na żebraka- brudne łachmany, zarośnięta twarz, popsute zęby. Tylko posturę miał inną. Nie widziałem jeszcze żebraka zbudowanego jak sportowiec. No i w ręce trzymał M4.
Kiedy odezwał się do mnie ledwo poznałem, że mówi po angielsku. Nie uwierzysz, jak przez te trzydzieści lat zmienił się nasz język.
Ludzie już nie czytają, nie ma telewizji i radia. Potem przekonałem się, że niemal każde miasteczko dorobiło się własnej gwary. Stare nowe nazwy zastąpiły stare, zapomniane przez lata wojny i niepokojów, albo nie odpowiadające już współczesnym realiom. Tyle się w świecie zmieniło- nowe zjawiska, stworzenia, prawa, całkiem inne społeczeństwo. O ile można jeszcze o społeczeństwie mówić.
W końcu dogadaliśmy się jakoś. To był Łowca. Tak dziś nazywają ludzi zajmujących się wyszukiwaniem pośród ruin cennych przedmiotów pozostałych po przedwojennej cywilizacji.
Do schronu, w którym spałem, trafił przypadkiem. Sam nie wiedział co znalazł. Ja nie bardzo mogłem mu w tym pomóc. Znałem nazwy wielu otaczających mnie rzeczy. Wiedziałem najczęściej jak ich używać. Wiedziałem dokąd iść, żeby znaleźć to czego potrzebowałem. Ale nie mogłem sobie przypomnieć jak się tam znalazłem i co to za miejsce.
Oczywistym było, że to jakiś ośrodek naukowy, najpewniej należący do wojska. Stały tam tony sprzętu, w większości uszkodzonego przez jakieś pożary i wybuchy, a w paru pomieszczeniach, oprócz zwykłych, leżały szkielety ludzi w mundurach i z bronią.
Nie licząc mojego hibernatora, w pomieszczeniu, w którym się obudziłem stało jeszcze czternaście podobnych. W środku, były głównie trupy. Rozsypujące się, zasuszone mumie, które niegdyś dzieliły mój los. Zastanawiam się czasem, czy znałem tych ludzi? Może byli moimi przyjaciółmi?
W jednym hibernatorze ktoś jednak wciąż żył. Łowca imieniem Hurlan, powiedział mi co zrobił, żeby otworzyć mój sarkofag. Powtórzyliśmy te czynności i z początku wszystko szło dobrze. Zapaliło się parę lampek, kilka zgasło, zakurzony ekran informował o kolejnych etapach procedury „wybudzania”. Wreszcie hermetyczna kabina zasyczała i otwarła sie.
Mężczyzna, zdawało mi się, że znam tę twarz, otworzył oczy i spojrzał na mnie nieprzytomnie... i wtedy zaczął krzyczeć.
Do dziś nie wiem co się stało. Może za długo spał? Może jego umysł nie wybudził się do końca z koszmarów lodowego snu...? Może coś poszło nie tak, stary sprzęt nawalił po trzydziestu latach i zabił tego nieszczęśnika. Nie wiem. Wiem tylko, że kiedy Harlan... dobił tego biedaka, poczułem ulgę. Kiedy przebrzmiał huk strzału, a krew i resztki mózgu z przestrzelonej czaszki zaczęła rozlewać się po kapsule, podziękowałem Bogu, że oszczędził mi tego losu. Minęło pięć brutalnych lat w powojennym świecie, a ten krzyk wciąż prześladuje mnie w snach.
Chciałem ośrodek to miejsce, Harlan upierał się jednak, że zbliża się zmierzch i musimy szybko odejść. Wtedy jeszcze nie widziałem co może czaić się w mroku post nuklearnej nocy...
Wciąż byłem oszołomiony, gdy wywlókł mnie z ruin i zaciągnął do zdezelowanego pickupach
Tak zaczęła się moja historia w powojennych stanach.

-Wróciłem do tamtego miejsca jeszcze kilka razy. Badałem je dokładnie wraz z Nieturlanym. Znaleźliśmy masę sprzętu i części. Większość nie nadawała się już do niczego. Spłonęła, zardzewiała, albo została roztrzaskana. Ale to co zostało wystarczyło, by Harlan dorobił się na resztę życia. Z tego co wiem, dziś mieszka w Vegas. Ma tam sklep z częściami i dobrze mu się wiedzie. Chyba go kiedyś odwiedzę. W końcu to pierwszy człowiek, którego pamiętam. I pewnie zawdzięczam mu życie...
Przeszukiwaliśmy cały ośrodek, kawałek po kawałeczku. Robiliśmy to zawsze za dnia i nigdy nie zostawaliśmy tam po zmroku. Nie rozumiałem tego dopóki pewnego dnia nie znaleźliśmy przed wejściem martwego człowieka.
Nie wiem co go zabiło, ale te rany i jego wyraz twarzy... To coś musiało przechodzić koło mnie każdej nocy, gdy spałem tam, pod ziemią...
Nie znalazłem tego, czego szukałem. Komputery, co do jednego były uszkodzone i martwe od dziesięcioleci. Większość dokumentacji papierowej spłonęła, a w tym co zostało nie znalazłem nic co dotyczyłby mojej osoby, co chociażby przywodziło mi na myśl jakieś wspomnienia, fakty. Tylko w jeden raporcie znalazłem coś wartościowego. Był to wykaz transferów z innych ośrodków badawczych. Nie rozumiałem o co chodzi, ale pilnie przepisałem wszystkie nazwy, kryptonimy i oznaczenia kodowe, łącznie z nazwiskami naukowców i dowódców wojskowych.
Miesiąc po moim przebudzeniu zabrałem trochę broni i sprzętu znalezionego w bazie, pożegnałem się z Harlanem i ruszyłem w świat.
Ośrodek leżał w okolicach Memfis i do tego miasta udałem się najpierw.
Reszta historii to samotne wędrówka z miejsca na miejsce. Tu i ówdzie podejmowałem się dorywczych prac. Jestem silny i wytrzymały, znam się trochę na mechanice i medycynie, nie trudno było mi coś znaleźć w dzisiejszych czasach. To śmieszne, ale trzeba było zagłady, żeby zlikwidować bezrobocie.
Wreszcie, po rocznej tułaczce, w okolicach Salt Lake trafiłem na świra, który miał przy sobie starą, wojskową mapę. Zaznaczono na niej położenie kilkunastu co najmniej baz i ośrodków militarnych. Nie wiem skąd ją miał. Twierdził, że to dar od duchów i chyba w to wierzył.
Mapa była właściwie bezużyteczna, bo wszystko, łącznie ze współrzędnymi, oznaczono kodami. Ja miałem jednak spisane oznaczenia baz.
Odkupiłem mapę od wariata, choć targował się jak szalony... Miałem problemy z odszyfrowaniem współrzędnych, ale w końcu jakby przypomniałem sobie jak to się robi... Sam nie wiem...
Twoja baza jest piąta. Wcześniejsze były, albo doszczętnie zniszczone, albo wszystko z nich rozgrabiono. W jednej zalęgło się jakieś paskudztwo i cudem tylko udało mi się uciec. Jestem szybki, sam widziałeś. Wiem też, że jestem silniejszy od innych ludzi mojej postury. Ale to co zaatakowało mnie, gdy przekroczyłem bramę ośrodka...

-I to pokrótce cała moja historia. Przynajmniej ta jej część, którą pamiętam.
-To... Cholera. W tym wieku, po tym co przeszedłem nic nie powinno mnie dziwić, ale twoja opowieść...
Staruszek rozprostował się na krześle i wpatrzył w kont pomieszczenia.
-Spotkałem kiedyś takiego jednego.- odezwał się po chwili.- Był handlarzem. To było jakieś piętnaście lat temu. Postanowiłem wtedy zobaczyć co stało się z resztą świata. Do dziś żałuję i do dziś boli mnie noga, w którą ugryzła mnie jakaś cholera.

-Noc była chłodna, a niebo czyste jak tafla górskiego jeziora. Widziałem takie jezioro przed wojną. Byłem z dziewczyną na wycieczce w Górach Skalistych. Piękne wspomnienie. Mam jeszcze starą fotografię. Czasem oglądam ją kiedy nie mogę spać.
Tydzień szedłem na zachód, aż wreszcie, na widnokręgu pojawił się jakiś pojazd. Pustynię przecinała w tym miejscu stara, asfaltowa droga, a pojazd, który wypatrzyłem był zwykłym wozem- skleconym byle jak i z byle czego. Ciągnęły go dwa osły, a powoził mężczyzna w łachmanach.
Facet był handlarzem. Jeździł od osady do osady sprzedając i kupując co się dało. Wtedy dowiedziałem się, że pieniądz umarł. Handel wymienny. Cofnęliśmy się przez tę wojnę o kilka tysięcy lat!
Słońce właśnie zachodziło i kiedy wreszcie go dogoniłem rozbijał obóz. Nie powiem, żeby specjalnie ucieszył się na mój widok. Pierwsze co zrobił, to wyciągnął pistolet.
Mierzył we mnie cały czas kiedy rozmawialiśmy i to zrobiło na mnie cholerne wrażenie. Ludzie już sobie nie ufają, Johny. Nie żeby kiedykolwiek szczególnie sobie ufali, ale pamiętam, że kiedyś nie sięgało się po gnata na widok człowieka nadchodzącego drogą z naprzeciwka.
W końcu dał się przekonać, że nie mam złych zamiarów. Nawet zjedliśmy razem przy ognisku.
Nazywał się Tom, albo Timothy, jakoś tak. Wracał właśnie z Dafonce- osady siedem mil na zachód od miejsca, w którym rozmawialiśmy. Wyruszył tam, bo słyszał, że miejscowi mają sporo elektroniki na wymianę, a niewiele żywności. Na wozie ciągle leżały wory z ziarnem i ziemniakami.
Tom, tak, przypomniałem sobie, nazywał się Tom, klął w żywy kamień. Używał przy tym słów, których nie znałem. To przypominało trochę ciebie i tego Harlana. Na początku myślałem, że to jakiś emigrant sprzed wojny. Dopiero, kiedy zaczął niemiłosiernie przekręcać różne słowa i nazywać inaczej znane mi rzeczy zorientowałem się, że język sporo się zmienił od wojny.
Klął, bo Dafonce okazało się wymarłe. Ludzie po prostu zniknęli. Opowiedział mi, że na miejscu zastał tylko opuszczone ruiny i porozrzucane rzeczy. Nie chwalił się tym, ale myślę, że ukradł to i owo. Nie nocował w mieście. Mówił, że ciarki chodziły mu po plecach odkąd wjechał między opuszczone domy. Mówił też coś o duchach i złych mocach. Uwierzysz? Duchy, cholera! Nisko upadliśmy.
Tak, czy inaczej zaciekawił mnie na tyle, że postanowiłem odwiedzić to miasteczko. Przestrzegał mnie przed tym, ale ja koniecznie chciałem przekonać się jak to wygląda.
Następnego dnia rozeszliśmy się, on na wschód ja na zachód. Dotarcie na miejsce zajęło mi z pół dnia.
Wreszcie zza wzgórz wyłoniły się pierwsze domy. Zdziwiło mnie, że nie były zniszczone. Myślałem, że po wojnie wszystkie miasta wyglądają jak kupy gruzu. Teraz wydaje mi się logiczne, że nie sposób przecież zbombardować wszystkiego.
Miasto było jednak wymarłe. Wyglądało to tak jakby ludzie uciekli z niego zabierając tylko to co mogli sami unieść. Nie było śladów walki, dziur po kulach, krwi, ciał, nic. Tylko bałagan.
Miasto musiało stać puste od niedawna. Może kilka miesięcy. Zacząłem szperać po ruinach. To było dziwne doświadczenie. Niby wiedziałem, że była wojna, że wszystko szlag trafił. Słuchałem transmisji na pasmach rządowych. W bazie mieliśmy do nich dostęp. Myślę, że miałem lepsze pojęcie o tym co i gdzie się działo, niż jakikolwiek cywil w USA podczas wojny. Ale co innego słuchać raportów, a co innego zobaczyć to na własne oczy.
Ta pustka ruszyła coś we mnie. To był prawdziwy koniec. Nie łudzę się, że gdzie indziej sprawy mają się inaczej. Tom opowiadał mi różne plotki. Od niego wiem, że całe stany wyglądają jak Dufons, albo i gorzej. Mówił też o Nowym Yorku, o próbach odbudowy. Wspominał o cyberbestii na północy i o jakiejś armii, która ciągle z nią walczy. Nie mam pojęcia co to by musiała być za armia, ale na pewno lepsza niż stare US Army, bo ci nie wytrzymali za długo. Moim zdaniem to wszystko stek bzdur, którymi karmią się ludzie, żeby jakoś przeżyć następny dzień. Zawsze mieliśmy tendencję do wymyślania legend i ubarwiania smutnej rzeczywistości.
Właśnie kiedy szperałem w poszukiwaniu jakiś informacji o tym kto i jak tu żył zanim uciekł, zaatakowało mnie to „coś”.
Nie opiszę ci dokładnie jak to wyglądało. Podeszło mnie od tyłu i wbiło się w moją nogę. Wywróciło mnie na ziemię i uratował mnie tylko cud. Obok mnie upadł z półki stary kij bejsbolowy. Machnąłem nim na oślep i trafiłem. To stworzenie zawyło nieludzko i odskoczyło. Zyskałem dość czasu żeby wyszarpnąć moją starą berettę i walnąć kilka razy. Bestia uciekła.
Widziałem ją zaledwie przez moment. Wydaje mi się, że przypominała nieco człowieka... albo dużą małpę. Nie mam tylko pojęcia czym zrobiła mi taką dziurę w nodze.
Uciekłem z miasteczka jak najszybciej mogłem i ruszyłem z powrotem tutaj. Droga była męczarnią. Rana nie chciała się goić i zaczynała się jątrzyć. Wygoiła się dopiero po mocnych lekach. Właściwe najmocniejszych jakie miałem w tu na miejscu. Do dziś mnie rwie i nie jest w pełni sprawna. Może gdybym opatrzył ją od razu...
Od tamtego czasu nie ruszam się z miejsca. Wolę żyć tu sam jak pustelnik, niż ryzykować spotkanie z czymś takim. Świat nie jest już dla ludzi. Tyle wyniosłem z tamtej wycieczki.

-I od tego handlarza właśnie słyszałem o hibernatusach- ludziach zamrożonych przed wojną i budzących się do życia w nowym świecie. Do dziś myślałem, że to bajki.- skończył starzec i pociągnął ostatni łyk z butelki.


-Mam!
-Co masz?- spytał wchodząc do pomieszczenia głównego komputera Tim. Wracał właśnie z zewnątrz, gdzie od dwóch tygodni konserwował i naprawiał system zabezpieczeń. Ciągle powtarzał, że John niedługo odejdzie, a on nie jest już młody i bez systemu może sobie nie poradzić, gdyby do czegoś doszło. Do czego miało dojść nie mówił. John przypuszczał, że staruszek robi się zanadto ostrożny. Starość...
-Znalazłem. Wreszcie coś mam.
-Ale co? No gadaj człowieku!
-Znalazłem to w poczcie jakiegoś Donella...
-Słyszałem o nim. Pracował tu zanim ja zacząłem. Zajmował się badaniami nad tkankami mięśni i stymulowaniem ośrodków nerwowych u zwierząt. Ale przenieśli go w 2014. Chyba gdzieś do departamentu...
-... To mail niejakiego Jeremiasha Gottenberga...
-Nie kojarzę.
-... Pisze tu, że ruszył właśnie nowy projekt, do którego przygotowywali się od tak dawna, i o którym pisał już wcześniej. Tego maila nie ma. Pewnie skasowany. Pisze, że wczoraj, czyli... dwudziestego kwietnia 2015-go, przysłali jakiś nowych... Gilbert Marton, Joshua Stivens, Mike Satriani i... John Dufonse! Dufonse! To moje nazwisko! Teraz sobie przypominam. 2015...

Ogień ustał. Czekali.
-Cholera. Tych momentów nienawidzę najbardziej.
-Zamknij się...!
Nasłuchiwali. Trzecia noc w okopie. Trzeci doba na polu walki. Siedemdziesiąta godzina bez snu, w ciągłym napięciu, pod ostrzałem. I piąty miesiąc w Korei Północnej. Piąty zasrany miesiąc w błocie, deszczu, pyle, słońcu i ta cholerna dżungla, cholerne robactwo.
A teraz siedzieli w okopie. Trzeci dzień. Po ostrzałem. Bez łączności, bo nadajnik satelitarny padł.
-Fuck. Bill, wychyl no się i zobacz co tam się dzieje.
-Pogięło cię...!? Jest noc, ni chuj nic w tej pieprzonej dżungli nie wypatrzę. Nie chce żeby jakiś żółtek odstrzelił mi łeb.
-Niewielka strata.- syknął Jorge.
-On ma rację, stary. Na tej polanie widać nas jak na dłoni.
-Nienawidzę pieprzonej dżungli..
-Dobra, ja pójdę.
-Johny, daj spokój. Cholera wie ilu ich tam siedzi.
-W zasadzie mogli już pójść.
-Ta. I nie pożegnali się.- parsknął ktoś z boku.
-Idę. Ktoś musi sprawdzić co się tam dzieje.
-Kurwa, siedźmy na dupie. To jest rozkaz. Jak do rana nic się nie stanie, ktoś się tam kopnie.
Mężczyźni, którzy przylecieli na obcą ziemię jako młodzi chłopcy pokiwali w ciemności głowami.
Mijały kolejne godziny i nic się nie działo. Zbliżał się świt.
-Co tak kurwa cicho?
-Dobra, idę.
-Czekaj.
-Już świta. Jak ktoś tam siedzi to teraz będzie mu najtrudniej mnie trafić. Idę.
Johny poderwał się po cichu i wyczołgał z okopu.
-Powodzenia, stary.- szepnął ktoś z tyłu.
John przemykał zgarbiony między krzakami. W rękach ściskał swojego G36 niczym talizman.
Na szkoleniu okazał się najlepszym strzelcem w plutonie. Na treningach wydolnościowych też był w czołówce. Cholera, może jeszcze parę miesięcy i awansowaliby go, może nawet przenieśli.
A teraz skradał się w stronę lasu- czarnej ściany tropikalnej dżungli, która w jego wyobraźni pełna była demonów. Cholera, o czym ja myślę, pytał sam siebie. Mamy, kurwa, 2015 rok! Był już prawie na miejscu. Jeszcze dwadzieścia metrów.
Szlag, co tu tak cicho? Jakby cały las umarł. Jakby całe życie uciekło z tego piekła byle dalej. Pieprzone komuchy. Jeszcze tamte zarośla.
Dopadł do pierwszych pni. Zamarł w bezruchu nie śmiąc odetchnąć głębiej. Cisza...
Wreszcie oderwał się od drzewa i powoli, nieznośnie powoli ruszył przed siebie. Jeden krok, stop. Drugi, stop. Cisza. Brnął coraz dalej. Cisza była wszechobecna. Zalewała do niczym fala, dudniła w uszach, mroziła krew, pełzała po plecach.
Trzask! Zamarł... Serce wali. Coś wypadło z krzaków. Czy już nie żyje...? Nie... Chyba nie... Jelonek uciekł w głąb lasu. Ufff...
Johny odetchnął i zaśmiał się cicho sam z siebie.
-Shit.- parsknął raz jeszcze i ruszył z powrotem do okopu.
-Idzie...!
-Macha ręką, wszystko gra, panowie. Gnoje spieprzyły.
-Heh... może to przeżyjemy, kurde, chłopaki.
Johny przyspieszył kroku. Cholera. Może doczeka się tego awansu. Kumple machali do niego radośnie z okopu.
To było ostatnie co pamiętał. I huk wystrzału. Potem szarpnięcie, nagły ból i uderzenie o ziemię. I ciemność.


-Tak, cholera! Walczyłem podczas konfliktu z Koreą Północną w 2015! Jasna cholera... Mam koło sześćdziesiątki!
-Mail przysłano z bazy Gryfin. Nie znam takiej. Nie było jej na wykazie, ani na mapie...- John zmarszczył brwi i zaciągnął się papierosem.
-Chwile... Może... Mam. Ale tu piszą, że budowę bazy przerwano, a projekt zarzucono w 2012... Co jest cholera. Heh...- Znowu zaciągnął się papierosem.
-Mam lokalizację. Dziwne. Przecież to Chicago! Prawie centrum. To musi być jakiś błąd. Co myślisz, Tim...? Tim? Tim?!
Staruszek zwisał bezwładnie z krzesła i ciężko oddychał.

To był zawał. John nie mógł nic zrobić. Tim umarł tej samej nocy.


» Hibernatus: Tom I


Konor.
komentarz[21] |

Komentarze do "Hibernatus (Prolog)"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.
© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl

Wykryto nieautoryzowany dostęp!!!

   PATRONUJEMY

   WSPÓŁPRACA

   Sonda
   Czy interesują cię raporty z sesji NS?
Tak!
Nie.
A co to?
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Pasożyty
   Hibernatus (....
   Yakuza
   FATEout
   Legia Cudzozi...
   Pistolet Maka...
   Łowca - dzień...
   Neuroshimowe ...
   Śpiąca Królew...
   Bo kto umarł,...

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.109795 sek. pg: