..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
    ORBITAL MENU
    » Neuroshima
    » Świat
    » Bohater
    » Rozrywka
    POLECAMY

     SZUKAJ
    » Mapa serwisu
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

Kanion Wypukły



-Baczność żołnierze. Otrzymaliśmy wytyczne kolejnego zadania. Polega ono na osłanianiu konwoju, a ściślej mówiąc jednej ciężarówki, w drodze do Fortu Deathwater. Zawartość przesyłki jest podobnież bezcenna. Mamy zrobić wszystko, aby ciężarówka cała i sprawna dotarła na miejsce. Nie wiemy, co przewozimy... Nie możemy nawet sprawdzić. Sądzę, że to będzie coś na skalę sprawnej głowicy atomowej. Może zarodek nowego wirusa bojowego. Nieważne. W każdym bądź razie mamy to przewieść w całości do Deathwater. Zbierzcie sprzęt. Upewnijcie się, czy wszystko działa. Gnat! Weź spory zapas amunicji z uranowymi łuskami. Mayer! Zadbaj o racje żywnościowe. Destroy, ty zajmij się sprawdzeniem stanu apteczek. Forward! Wyrzuć wszystkie niepotrzebne bambetle z ciężarówki! Jefferson! Weber! Tym razem nie zapomnijcie kombinerek! Macie wziąć trzy pary! Wtedy przynajmniej jedna będzie pod ręką... Jedynka! Załatw jakąś białą flagę! Będziemy przejeżdżać przez wiele dzikich wiosek – nie chcemy rozpętać regularnej wojny. Fear! Zaplanuj trasę przemarszu uwzględniając prędkość, teren geograficzny i porę dnia. Bowl! Zatemperuj kredki! Zbiórka tutaj za godzinę! - powiedział major patrząc dumnie na nowy dach w swojej kwaterze. Po tym jak skończył, udał się tam, by nieco poprawić jeszcze rynnę. Zrobił ją w sumie ze znalezionego zderzaka, ale kto by się tam poznał...

-Ej, Forward! Co robisz?

-Spójrz! Odkryłem, że nasza ciężarówka pod półcentymetrową warstwą kurzu i sadzy kryje żółty lakier! - kierowca odpowiedział Jedynce, po czym wziąwszy nóż, zrobił małą kreskę na masce.

-Ekstra! Poczekaj... Mam lepszy pomysł... - już po chwili na masce samochodu widniał odcisk ręki zwiadowcy. W ślad po nim postąpił ochoczo kierowca. Za chwilę zawołali resztę oddziału i ciężarówka była cała w odciskach rąk.

-Wy! Wiecie co? Nazwijmy ją jakoś. Tak długo nam służy, a jeszcze w żaden sposób się jej nie odwdzięczyliśmy.- zaproponował Bowl.

-Niezły pomysł. Tylko jak?

-No to ja proponuję, zważywszy na oryginalny kolor lakieru, nazwać ją „Żółty”.

-Nie no... To tak jakoś niepolitycznie i rasistowsko mi brzmi...

-Nazwiemy ją „Blondynka”!!! - powiedział Forward, po czym złapał się rękami gdzieś na południe od pępka. Destroy uśmiechnęła się triumfalnie.

-Wiem! - krzyknął nagle rozradowany Jefferson patrząc podcieniowanymi oczami na Webera. -Nazwiemy ją „Blondyn”!!!

Moment po tym zabrano się do uroczystego nadania imienia pojazdowi. Gnatowi z racji stopnia i grubości palca wskazującego przypadła zaszczytna funkcja babrania się w syfie pokrywającym maskę ciężarówki. Wedle starego zwyczaju, całą nazwę - po literze dyktował mu najniższy rangą. Chodziło oczywiście o Bowla. Gnat zakończywszy „N” odszedł kilka kroków od pojazdu i z miną godną Aleksandra Wielkiego powiedział:

-Kocham cię, Blondyn! - po czym ucałował lusterko samochodu.

-Teraz jeszcze tylko brakuje jednej rzeczy. Odcisku ręki majora. Mayer! Kopnij się do kwatery i zawołaj majora! Ale nic nie mów za wcześnie!

Za moment wrócili obydwaj.

-Cóż mam powiedzieć... Ładnie. Naprawdę ładnie. Wszystko wspaniale, tylko wytłumaczcie mi dlaczego napisaliście „blondyn” przez „ą”?

-Yyyy.. bo ten... hmmm... nooo... bo to wszystko przez Bowla! On dyktował panie majorze!!!

Major nie odpowiedział, tylko cicho zaśmiał się pod nosem.

-Dla mnie może zostać „BLĄDYN 105”. - powiedział major, po czym dodał numer i odcisk swojej dłoni gdzieś w okolicach jednego z niedziałających reflektorów. Major tak już miał. Gdy jego bezbłędne sumienie uważało coś za słuszne, to nikogo nie pytał o zdanie i po prostu to robił. Kwestia numeru, jak i wielu innych rzeczy zresztą, nie podlegała żadnej dyskusji. Sprawdzono jeszcze raz wszystko co wymagało sprawdzenia, po czym nasza husaria wyruszyła w drogę.

Przebyli już dość spory kawałek drogi i zbliżała się noc. Wyjechali już z opustoszałej części Nowego Yorku. Przejechali już przez sporą część pustyni. Wjeżdżali powoli w teren skalisty. Co jakiś czas mijali wielkie rumowiska skał, góry piachu i kamieni, oraz groty najróżniejszych rozmiarów i kształtów. Zupełnie jak w Kansas.

-Panie majorze! Ja muszę, no wie pan... Pójść w miejsce, którego nie ma w naszej jednostce...

-To nie moja wina, że Forward pogował siedząc w toitoice...

Zatrzymali się na moment. Nikt nie chciał patrzeć, jak Jedynka szcza do puszki po szpinaku. A poza tym była wśród nich dziewczyna. Jedynka nie kwapił się, by pójść gdzieś daleko. Wybór zdał na swój pęcherz, a ten postawił na odległość. W ten sposób skręcił w pierwszy lepszy zakątek. Z początku myślał, że to grota, ale okazało się to jakby areną – nie miała skalnego sufitu. Na środku stała wkopana, widać prymitywnymi sposobami, latarnia uliczna. Czemu nie? Zwiadowca zadał sobie retoryczne pytanie, po czym podszedł do latarni, rozpiął spodnie i stworzył sporych rozmiarów kałużę dopełniając kontrastową żółcią kompozycję z latarni i kwiatów. Mówił przy tym sam do siebie z uśmiechem na twarzy: „ Ja ciebie szczę ciepłym moczem latarnio w imię swoje, naszego zwiadowcy i Jedynki Amen! ” Nieoczekiwanie odpowiedziano mu. Zapiął spodnie i pełen zdziwienia podszedł w zaciemniony kąt, by odnaleźć autora głosu. Odnalazł tam normalnego pijanego żula z „Kopiącą Syrenką” pod pachą. Prawdopodobnie to on zaczął mówić przez sen. Obok śpiącego, majaczącego konesera w tym dziwnym miejscu znajdowało się coś jeszcze. Jedynka przetarł oczy, ale był to słaby pomysł, musiał po tym przetrzeć je jeszcze raz – tym razem na sucho. Jego oczom ukazał się niecodzienny obraz. Między nogami pijaka, a częściowo pod jego tułowiem znajdował się rower typu składak. Napis na ramie głosił „KOZA 500”. Jedynka bez namysłu rzucił się w kierunku alkoholika, chwycił ramę roweru w żelazny uścisk i pociągnął z całej siły. Żul się rozbudził. „Chyba jest niedobrze” – powiedział sobie w duchu zwiadowca.

-Dawaj rower, włóczęgo!

-Słucham?

-Oddawaj rowerek, dziadku!

-A jak nie to co mi zrobisz, chłopcze? - żul wstał i okazał się półkrwi Indianinem. Wielkim półkrwi Indianinem. I to z przeraźliwym, czerwonym nosem. Żul miał na sobie koszulkę z napisem INDIANA IS THE BEST.

-Bo... - nastąpił moment konsternacji. Jedynka zabrał się w sobie.

-Bo będę strzelał!!! Jesteś otoczony! Popełniłeś przestępstwo! I nie zaznasz spokoju, dopóki ja jestem szeryfem w tym mieście! Ręce do góry! Masz prawo zachować milczenie! Masz prawo do adwokata! Masz prawo... - nie zdążył skończyć. Dostał w twarz. W tym momencie, niewiadomo skąd, jego uszu dotarł odgłos starego, wklęsłego już od polerowania M-60. Tego dźwięku nie można było pomylić z żadnym innym. Nie, gdy szedł w parze z TAKIM śmiechem. To było właśnie zboczenie Gnata. Uwielbiał strzelać. Strzelanie z RKM-ów i CKM-ów było jego życiem. On miał swój własny świat. Świat pełen łusek, gdzieś wśród spustów i dwójnogów. To był prosty świat – naciskasz guzik i widzisz jak wrogowie uginają się przed twoją potęgą. Jedynka nie czekał. Wykorzystał daną mu, jakże szczęśliwą szansę, pochwycił rower i spieprzał ile sił w nogach. Żul próbował go gonić, ale jakoś tak nogi nie za bardzo się go słuchały. Z bezpiecznej odległości Jedynka dodał jeszcze tylko: „NEW YORK IS THE BEST!!!”. Słowa były przesycone jednocześnie triumfem i faszystowskim rasizmem.

-Panie majorze! Ale pan nie wie ile ja walczyłem o ten rower! Ich było piętnastu! A ja im powiedziałem, że jestem bezbronny i się na mnie rzucili. Lecz skoro już im skopałem tyłki, to muszę go zachować!

-Absolutnie nie! Nie ma takiej możliwości! W ciężarówce nie mamy miejsca na rower. To niestety za duży przedmiot. Trzeba było sobie ukraść jakąś hulajnogę, albo deskorolkę – wtedy bym się zgodził.

-A kto powiedział, że ja chcę go wsadzić do środka?

Po chwili wyruszyli w dalszą drogę. Jedynka demonstracyjnie na swoim nowym rowerze, reszta oddziału w Blądynie. Było już ciemno, więc Jedynka nie miał trudności w utrzymaniu tempa ciężarówki. Forward nie chciał się znowu wpieprzyć na pole minowe, tak jak ostatnim razem. Jedynka jechał równolegle do samochodu i gawędził z kompanami.

-Ej, a co to były za strzały wtedy?

-Eee... Przyszedł taki jeden w skórach i z ostrym patykiem. Miał wszystkie włosy dziwnie sterczące pionowo w górę. Zupełnie jakby lizał kontakt. Straszył, żebyśmy nie wjeżdżali na jego teren. Uważał się za jakiegoś szamana, wodza plemienia – ten staff. Postraszyliśmy go serią z kaemu.

-Ładna mi seria! Średnich rozmiarów dołek łusek by się z tego uzbierał...

Zaczęło padać. Deszcz walił prosto w oczy, więc Jedynka jechał za ciężarówką, a nie obok niej. Otoczenie wokół nich uległo zmianie. Po prawej i lewej stronie mieli wysokie skalne ściany. Znaleźli się w kanionie. Możliwe, że kiedyś płynęła tędy rzeka. Wszystkie skały były zaostrzone w tym samym kierunku.

-Cholera! Złapaliśmy gumę!

-Zmieniaj szybko koło i ruszamy w dalszą drogę.

-Ale... no bo pan major kazał wyrzucić z ciężarówki wszystkie bambetle. No to w pierwszej kolejności poszedł lewarek, klucz francuski i koło zapasowe. - kierowca spuścił oczy. Potem skierował je na pięć ulubionych kołpaków. Potem na skrzynkę po piwie. Następnie na duży, niebieski kamień. Dla tych rzeczy oczywiście miejsca nie zabrakło.

-Ekhm! - Fear musiał odchrząknąć, by ktoś go wreszcie zauważył. Stał przy drzwiach kierowcy już jakieś dwie minuty. Za chwilę wysunął w jego kierunku dłoń, a na niej garstkę gwoździ, szpilek i potłuczonego szkła.

-To nie był wypadek. Ktoś chciał nas po prostu zatrzymać. I to właśnie w tym miejscu. W kanionie. To jedyna droga do Deathwater, nie mogłem wybrać innej. A jednak coś mi mówiło, że tutaj będą problemy.

-Jedynka! Masz szansę pokazać co potrafisz. Co do roweru, to jest to zdobycz armii, a nie twoja – ja decyduję co z nim zrobimy. A moja decyzja brzmi następująco: pojedziesz na nim jak najszybciej potrafisz do naszej jednostki i przywieziesz z niej zapasowe koło. Jeśli zmieścisz, to także lewarek. Gdy dobrze się sprawisz, rower będzie twój. Śpiesz się! Niedługo zacznie się tu Sajgon! A przynajmniej Plaża Omaha... Z Bogiem, synu.

Zwiadowca wsiadł na rower i szybkim tempem zaczął oddalać się od ciężarówki. Forward z pomocą Bowla i Mayera zdjął stare koło. Fear postanowił pomóc szeregowym w podtrzymywaniu przodu samochodu. Forward pobiegł po kilka kamieni, by podmienić nimi ludzi. Przedtem kategorycznie zabronił wykorzystywania w tym celu jego niebieskiego kamienia wożonego zawsze przy sobie. Gnat znalazł odpowiedni głaz. Był jednak za ciężki i trochę daleko. Z pomocą przyszli mu Forward i Bowl. Major Wreight stał na czatach. W pewnym momencie Mayer całkowicie puścił błotnik samochodu, a cały ciężar pracy spadł na medyka. Pozostali żołnierze z wielkim trudem dotaszczyli skałę w odpowiednie miejsce i ostatkiem sił wepchnęli ją w miejsce koła.

-Wspaniale, żołnierze! Ale czy nie łatwiej byłoby zostawić na razie poprzednie koło? Nie mam pojęcia dlaczego je zdjęliście... - powiedział major wracając z obchodu.

Już dawno przestało padać. Praktycznie nikt nie zwrócił na to uwagi. Wszyscy genialni atleci walnęli się jeden obok drugiego na kocach rozciągniętych na mokrej i zimnej ziemi. Zanim zasnęli, Destroy usłyszała jeszcze kilka razy „dziękuję”. Zabranie koców to był jej pomysł. Major również położył się spać. Przedtem zapytał dziewczyny, czy nie chciałaby odpocząć. Gdy ona odmówiła, pomógł jej rozpalić ognisko. Znaleźli jakieś zwalone, suche drzewo. Duży zapas gałęzi przynieśli do prowizorycznego obozowiska. Łamało się z łatwością, więc finezyjnie zbudowana sanitariuszka nie potrzebowała niczyjej pomocy w podtrzymywaniu ognia. Major zasnął od razu. Destroy lubiła noc. Lubiła siedzieć pogrążona w myślach i patrzeć w niebo. Nie widziała ile już minęło czasu. Było już zupełnie jasno. Chyba przez całą noc gładziła ręką głowę brata, która spoczywała jaj na kolanach. Fear chyba jeszcze nigdy w życiu nie był tak zmęczony. Nagle usłyszała rytmiczny tętent. Zmieniał się on stopniowo w odgłos kroków. Kroków dużej liczy ludzi. Kroki przyśpieszyły i już niebawem przed jej oczami ukazała się liczna grupa ludzi ubranych zupełnie jak ten spotkany wczoraj w nocy, tylko trochę ubożej. Nie mieli też sterczących włosów. Gdy zdała sobie sprawę, że mężczyźni uzbrojeni w ostre kije zbliżają się w jej kierunku, bez namysłu obudziła brata.

-Fear! - krzyknęła wstając. Pół mgnienia oka później pierwszy rząd doborowych wieśniaków leżał na ziemi. Dziewczyna pobiegła budzić resztę kompanii.

-Stójcie! - major wydał rozkaz zarówno do zbliżających się mężczyzn, jak i do swoich żołnierzy. - Kim jesteście? Nie chcemy przelewać więcej krwi. - po chwili dodał ciszej – Jedynka, gdzie ta twoja flaga z obrusu?

-Jestem Czarny Dąb, syn Czerwonego Dęba i jego żony, a mej matki, Wypukły. Ojciec mój wodzem mego plemienia był. Plemię nasze Chamytomy się zwie. Wznosili my modły do Świętego Drzewa Jasności. Dawało ono jasność, gdy wielka złota twarz zamieniała się z małą, bladszą. Pewnego dnia, gdy ojciec mój modlił się podczas burzy, nasza Bogini, Charroslavv, dotknęła go swym palcem jaśniejącym prosto z nieba. Ojciec mój został przez Nią naznaczony. Bogini, chcąc mieć blisko naszego wodza, przyciągała go całymi siłami. Jego włosy pięły się w górę ku Niej.

-Yyy... Tak, tak! To bardzo interesujące, ale może zechcesz nam powiedzieć wreszcie, o co chodzi i po co przyszliście?

-Wy naruszyli Święte Drzewo Jasności! Wy sprofanowali. Ojciec mój stary człowiek był. On myślał, że wasza woda żółta pod Drzewem darem od Bogini jest. On dziękować począł i w wodzie żółtej uklęknął. A Bogini zobaczyła, że on już nie klęka ku Niej, ale tylko ku wodzie żółtej. Bogini zabrała mu duszę, by mu męki zadać straszliwe. A ciało jego nam zostawiła ku przestrodze.

-Przykro mi. Mój ojciec też już nie żyje. Co możemy dla was zrobić?

-Chamtoja uprzedzał, by nie przychodzili na ziemię plemienia Chamytomy. On powtarzał, ale krzykiem stalowego kija odpowiedzieli mu. Ja wielkim wodzem Chamytomy stanie się, gdy was przegna z ziemi plemienia i szamana waszego duszę Bogini odda naszej. Wtedy ona przebaczy Chamytomy i ponownie do łask Bogini powrócimy.

-Chcecie walczyć? Dobrze zrozumiałem?

-Ja cię na pal nabiję i duszę twoją wielkiej Charroslavv oddam w podarku. Ja zebrał wszystkie mężczyzny z plemiona i walczyć będziemy. Ja odbiorę wiedźmę wam, która w nocy z tobą szamanie odprawiała modły do innej jasności niż Święte Drzewo. To była zła jasność. Ona rany zadaje okrutne i chaty pustoszy. Święte Drzewo nie pustoszy chat, ani ran nie zadaje. - To mówiąc ruszył w kierunku Destroy z zamiarem złapania za włosy. Wtedy właśnie miarka się przebrała. Dziewczyna ugięła lekko zgrabne nogi w kolanach, po czym jednocześnie płynnym i gwałtownym ruchem wykonała cios „Tłok Afrodyty” robiąc kogel-mogel z prawiczych „cojones” Czarnego Dęba. Wieśniak upadł na ziemię nie wydając żadnego odgłosu. Na odpowiedź nie trzeba było czekać. W kierunku Destroy poleciała chmura ostrych patyków i kamieni. Tym razem jej brat zareagował szybciej. W biegu złapał siostrę w pasie i z nią na rękach odbiegł w bezpieczne miejsce. W tym czasie nawiązała się regularna bitwa z obustronną wymianą ognia. Kilku wieśniaków odciągnęło swojego wodza od pola bitwy i ukryła w jaskini. Podczas gdy major próbował dyplomacji, Gnat wiedział doskonale co zrobić. Oddalił się niepostrzeżenie, zamontował dwójnóg do kaemu, obwiesił się taśmami z amunicją, poprawi jeszcze raz bandamę z irlandzkiej flagi i czekał na odpowiedni moment. Teraz właśni nadszedł ten moment. Zza górki z piachem oddalonej niewiele od miejsca całego zajścia posypał się grad pocisków.

-SKURWYSYNY! WIEŚNIAKI! BRUDASY! PODŁE GBURY! WANDALE! BARBARZYŃCY! OBWIESIE! GAŁGANY! GAMONIE! PIERDOLCE! KRETYNI! MENELE! - tak jakby jednym tchem wrzeszczał na całe gardło Gnat ciągnąc długą, powolną serią przez szeregi dzikusów. Doskonale wiedział, kiedy zabraknie amunicji. Zupełnie jakby w pamięci odliczał wystrzelone pociski. Było to jednak niemożliwe ze względu na szybkostrzelność broni.

-BRUTALE! MENDY! KRETYNI! DURNIE! PATAFIANY! ŁOBUZY! PRYMITYWY! ŚMIERDZIELE! FIUTY! CIOTKI! MAYER! ŁADUJ! - gdy skończyły się naboje przez trzydzieści sekund nabierał powietrze, by po chwili dodać:

-JEBAKI! CHAMY! INTRUZI! PEDAŁY! RABUSIE! DEBILE! DAUNY! ŻYGOWINY! CIPY! KONUSY! PENISY! DZIWKI! WARIACI!

Bowl upewniwszy się, czy kredki są bezpieczne w ciężarówce, wziął plecak pełen granatów i włączył się do walki.

-Hej, ty! Rzuć burzowe gruszki i poddaj się! - kilku dzikusów stojących kawałek od żołnierza celowało do niego teraz z łuków.

-Yyy... - nastąpił moment konsternacji – macie! - po czym rzucił granatem w kierunku żołnierzy. Kilku schyliło się, by podnieść granat, ale ten wybuchł w środku grupy rażąc wieśniaków odpryskami skorupy.

Forward włączył w radiu, zdobytym mężnie swego czasu na pewnym niegroźnym nastolatku, nową płytę. Biegał pośród ogólnie panującej anarchii ze słowami pieśni na ustach.

- Torches blazed and sacred chants were praised as they start to cry hands held to the sky!!! In the night the fires burning bright, the ritual has begun Satan's work is done!!! Six! Six! Six! the Number of the Beast!!! Sacrifice is going on tonight!!! O ŻESZ TY W MORDĘ I NOŻEM KROJONY NEANDERTALCZYKU PRZEBRZYDŁY JAK ŚMIESZ ZBLIŻAĆ SIĘ DO MOJEJ CIĘŻARÓWKI I MOJEGO RADIA!!! - Podbiegł strzelając z kałacha i krzycząc jednocześnie do zaskoczonego dzikusa, po czym wyjechał mu z glana prostopadle przez ryj. Gdy ten upadł, Forward bił go jeszcze przez pewien moment kolbą do czasu, aż ta się nie złamała.

-Ej! Mój karabin przypomina kształtem gitarę! - Wskoczył na obelisk skalny znajdujący się opodal ciężarówki i zaczął machać włosami. Traktując lufę kałasznikowa jako gryf, wykonywał na niej losowe chwyty, a kciukiem drugiej ręki uderzał o spust rażąc na ślepo przeciwników pociskami 7,62.

Major Wreight, nieco na uboczu, stał jedną nogą na dziurawym kole i strzelając czysto demonstracyjnie, co jakiś czas wydawał krótkie rozkazy mające raczej funkcję moralizującą niż taktyczną. Gdy Czarny Dąb otrząsnął się po całym zajściu z „czcicielką nieprawej światłości”, pochwycił kieszonkowych rozmiarów totem zrobiony z sękatego kija, czaszki bliżej nie określonego zwierzęcia i kilku piór czarnego koloru, po czym zakradł się na tyły nieprzyjaciela. Szczęśliwym dla niego trafem ominął całe pole bitwy skupionej tylko po jednej stronie kanionu i wylądował za plecami majora. Wśród ogólnie panującego hałasu powodowanego tak strzałami jak krzykami, skradanie nie było rzeczą trudną. Zbliżył się niepostrzeżenie do pleców majora i wykonał zamach. Fear miał oczy dookoła głowy otwarte nawet we śnie, jak śpiewał kiedyś o nim grajek Jaskra z Fortu Rightway. Wypatrzył co się szykuje i zaczął biec w stronę swojego majora. Doszedł jednak do wniosku, że nie zdąży na czas i próbował szczęścia strzelając z daleka.

-Arzt! Mardu! Mathafucka! - zareagował na brak amunicji. Próbował krzyczeć i dawać dowódcy znaki ruchami rąk, ale jego stare oczy nie odnajdywały medyka w ogólnym zamieszaniu. Szczęśliwym trafem dochodząc do ostatniego refrenu, Forward zeskoczył z głazu zmieniając kierunek prowadzonego przypadkiem ognia. Major nagle poczuł, że na jego plecy zwala się czyjeś ciało. Odwrócił się gwałtownie, odepchnął konającego dzikusa. Ten jakby jeszcze przez chwilę walcząc z przeznaczeniem utrzymywał się na nogach. Major nie czekał, aż wieśniak ostatkiem sił ugodzi go swoją orientalną bronią. Kopnął go i wystrzelił pięciokrotnie. Dwie kule trafiły obok głowy. Jedna otarła się o ucho, inna znów zrzuciła wodzowi z głowy czapkę z czarnym piórem. Ostatnia trafiła prosto w oko.

-Starzeję się... - powiedział major do siebie i uśmiechnął się.

Odparłszy zdecydowanie siły wroga, żołnierze zbili się w kupę. Nie chcieli się kryć za ciężarówką, narażając ją na uszkodzenie, więc odciągnęli walkę kawałek dalej. W miejscu tym było kilka górek z piachu i żwiru. Poza tym kolejne skały i obeliski. Otworzywszy ogień do nieprzyjaciela z jednego miejsca zapewnili sobie większe bezpieczeństwo. Wieśniaków jednak jakby nie ubywało. Wręcz przeciwnie. Ciągle przybywali nowi. Co gorsza zaczęto odczuwać brak amunicji. Granatów nie było już w ogóle. Fear odstąpił jeden z pistoletów siostrze, by ta mogła się bronić samodzielnie w przypadku rozdzielenia. Na tę misję dziewczyna nie wzięła swojej Beretty Silver F92, którą otrzymała od brata po awansie na stopień kaprala. Wtedy, przez krótki okres czasu, obydwoje szczycili się równą rangą. Fear jednak po zakończeniu zadania w Rightway wstąpił na ścieżkę stopni pozaszeregowych, dostając promocję na sierżanta. Gnat przestał strzelać długimi, powolnymi seriami. Ogień kierował tylko w kierunku nieprzyjaciela. Forward, nie zużywający z reguły wiele amunicji, nie miał przy sobie nic, oprócz dwóch magazynków do kałacha i dwóch do colta. Po wyczerpaniu się 7.62 zmuszony był strzelać z pistoletu. Major w ogóle przestał strzelać. Bowl ze względu na brak granatów próbował opanować arcytrudną sztukę rzucania ostrym patykiem. Nauka skończyła się na zastąpieniu patyków kamieniami. Siły nieprzyjaciela narastały jednak w niemożliwym tempie. Gnat zgadywał, że oni przez całe dni nie robią nic innego tylko się rozmnażają.

-Fuck! Ostatni magazynek mi się kończy. Nieciekawie to wygląda, panie majorze. - Fear schował pistolet do kabury.

-Musimy wytrzymać. Najważniejsze, żeby przesyłka nie trafiła w ich ręce. To może zakończyć się wielką tragedią! Jeśli będzie trzeba to staniemy do walki uzbrojeni w noże i pięści!

Wtem wszyscy usłyszeli głuchy odgłos zamka spustowego i mechanizmu wyrzucającego, który nie natrafia w przewodzie lufy na pocisk. W tym samym momencie, dosłownie równo z odgłosem, Gnat zameldował:

-Majorze, melduję brak gotowości bojowej i koniec amunicji do M-60! Właśnie poszła ostatnia taśma zwykłej, nie mówiąc już o uranówkach.

-Żołnierze! Kto ma, ten bagnet na broń, a reszta kije ostre chwyć i czołem ku nieprzyjacielowi!

-PUNK’S NOT DEAD!!! - krzyknął ku pokrzepieniu serc i ku ogólnej chwale swych przekonań Forward, odrzucił włosy do tyłu i wyrwawszy jednemu z chłopów prymitywną włócznię pobiegł w barbarzyńskim szale w sam środek oddziałów nieprzyjaciela. W jego ślady postąpił Gnat i Mayer. Po chwili namysłu uczynił tak też Bowl. Fear nie chciał opuszczać siostry. Został przy niej i majorze. W ten sposób drużyna podzieliła się na dwie, mniejsze grupki. Pierwsza z nich, grupa wrzeszczących głośniej została zmuszona do poddania się już po kilku minutach dzielnie stawianego oporu. Glany najgłośniejszego z nich były zbrukane krwią. Włosy rozwiane, a koszula rozdarta. Druga grupa uległa nieco później, po tym jak rozdzielono rodzeństwo, adrenalina na chwilę wzrosła, a oddział zdobywał stopniową przewagę, jednak po wystrzeleniu ostatniego pocisku z Desert Eagla dziewczyny szanse się wyrównały i oddział został schwytany. Już się ściemniało.

-Wy sprofanowali nasze Drzewo waszą żółtą wodą. Wy wtargli na nasza ziemia. Wy ubili wielu naszych mężczyzn. Wy krzyczeli ze stalowego kija i rzucali burzowymi gruszkami. Wasz czarownik kazał samochodowi śpiewać, a wasza wiedźma – Fear wyrwał się strażnikom, kopiąc jednego pod kolano w tył nogi, a drugiego w twarz. Nic to nie dało. Przybiegło czterech kolejnych i przygniotło medyka do ziemi. – chodziła pośród was i oszukiwała rany. Ona także próbowała pozbawić naszego wodza następcy tronu. Wasz czarownik naszego wodza swoim stalowym kijem okrzyczał i wódz stracił duszę. Wy za to zapłacicie! My was przywiążemy do stalowego drzewa bez gałęzi na szczycie wielkiej góry podczas czasu dawania wody z nieba, gdy to Bogini z nieba do nas przemawia rozgniewanym głosem. My was oddamy Charroslavv i ona co chce z wami uczyni. Tak oto rzekłem ja, Tęczowy Dąb, syn Czerwonego Dęba. - powiedział wieśniak trzymający w rękach totem podobny do tego, który miał jego brat - różniły się tylko kolorem piór. Te nie były czarne, ale po prostu kolorowe – we wszystkich kolorach tęczy. Dzikusy już zbliżały się by pochwycić więźniów i poprowadzić ku swej wiosce, gdy nagle usłyszeli skrzypliwy odgłos i trzask blachy o blachę. Na początku wąwozu pojawił się dziwaczny pojazd.

-Żelazny smok! Jaszczur ze stali! Ratuj nas Tęczowy Dębie! - zawołał tłum wieśniaków.

-Ja pokonam smoka! - w tym momencie pojazd znajdował się mniej więcej na wysokości gwoździ i ciężarówki. Niespodziewanie zapalił reflektor.

-Tęczowy Dębie! Smok włada Świętą Jasnością! Smok połknął nasze Święte Drzewo! Uciekajmy! On nas zniszczy! - chłopi rozpierzchli się w popłochu. Tymczasowy przywódca nie chcąc pozostać sam, również zbiegł z pola bitwy. Dziwne ciało zatrzymało się nagle przed ciężarówką. Fear oczywiście już tam był. Podszedłszy bliżej upadł niespodziewanie na ziemię i zaczął się po niej tarzać wydając odgłos zbliżony do krzyku. Drużyna zerwała się z miejsca i pobiegła do konającego towarzysza. Po chwili wszyscy upadłszy na ziemię, tarzali się po niej, łapiąc co chwila za żołądek.

-No to Jedynka skonstruował pierwszy rower pancerny!!!

-No co? Trochę eternitu, trzy wiadra, sześć rurek, dwa metry drutu, cztery gumy do żucia i gotowe. Ale za to jak się prowadzi? Koło też przywiozłem. Poza tym wziąłem dodatkową skrzynkę z zapasami szpinaku. - powiedział po czym wsadził rękę do pudełka z symbolem kurczaka i wyciągnął z niego...

-Magazynek? Ej! Kto pomylił pudełka?! - zwiadowca krzyknął niepocieszonym głosem pełnym wyrzutów.

-O! Jedynka! Widzę, że pomyślałeś o wszystkim! - powiedział major, który właśnie dołączył do reszty oddziału wracając z obchodu. – Znakomicie! A właśnie skończyła się nam amunicja! Doskonale, że o tym pomyślałeś!

Po chwili koło zostało wymienione, a cały oddział wyruszył w dalszą drogę. Jedynka tuningując swój wehikuł, zadbał także o kwestię przemieszczania pojazdu. Poza pancerzem z eternitu, bagażnika ze skrzynki i kilku innych bajerów, dodał z jednej strony składane dysze umożliwiające przymocowanie roweru do boku ciężarówki. Okazało się to genialnym rozwiązaniem problemu, bo teraz Forward nie zdejmował nogi z gazu praktycznie przez cały czas. Trudno było by go na rowerze dogonić. Stracili za dużo czasu. Biolodzy z Fortu Deathwater pewnie już się niecierpliwią. Po kilku godzinach morderczej walki o nie wypadnięcie z ciężarówki, oddział dotarł na miejsce. Od razu po przyjeździe przywitał ich zniecierpliwiony staruszek z radosną, poczciwą miną. Wyglądał na trochę zwariowanego.

-Spocznij, majorze! A gdzie przesyłka?

-Tutaj! Wiele się namęczyliśmy, aby ją wam dostarczyć... Mam nadzieję, że jest tego warta.

-Jest tego warta w najsilniejszym znaczeniu tego słowa. - powiedział starszy człowiek z posiwiałą głową, rozpieczętowując kolejne warstwy opakowania, dochodząc wreszcie do małej lodóweczki. Wyjął z niej...

-TRUSKAWKI?! DWIE TRUSKAWKI?! DWIE MAŁE, NA WPÓŁ NIEDOJRZAŁE PIERDOLONE TRUSKAWKI?! DLA DWÓCH MAŁYCH, NA WPÓŁ NIEDOJŻAŁYCH PIERDOLONYCH TRUSKAWEK PIEPRZYLIŚMY SIĘ PRZEZ KANION PEŁEN NIEPOPRAWNYCH RELIGIJNIE FANATYCZNYCH WOJOWNIKÓW?! DOKTORZE LECTER? JAK MI TO DOKTOR WYJAŚNI?!?!?!?!?!?!

-To bezcenne pierwowzory! Wykorzystamy je by rozpowszechnić ten owoc. Postaramy się też zaingerować w ich budowę, by zwiększyć szybkość rozwoju. Dzięki temu nasza armia zyska urozmaicenie w racjach żywnościowych! Szpinak nie będzie już jedynym posiłkiem. - głos doktora był przepełniony podnieceniem i zachwytem. Naukowiec ledwie co opanowywał ręce od drżenia. Major nie wytrzymał. Kopnął karton po przesyłce, zaklął najgorzkliwiej jak tylko umiał i wyszedł z pomieszczenia. Przez całą drogę do koszar i jeszcze jakiś czas na miejscu palił naprzemiennie cygara i papierosy. Towarzyszyła temu zdenerwowana mina i spojrzenie ostre jak szkło.

-Nigdy... Już nigdy... Już nigdy więcej nie jedziemy do Deathwater! NIGDY WIĘCEJ DEATHWATER, ŻOŁNIERZE!!! I jeszcze jedno... gdzie przez całą misję byli Jefferson i Weber? - powiedział major spoglądając na saperów trzymających się za ręce...

Część III - Szeregowiec Marian


Paprotek.
komentarz[15] |

Komentarze do "Kanion Wypukły (II)"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.
© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl

Wykryto nieautoryzowany dostęp!!!

   PATRONUJEMY

   WSPÓŁPRACA

   Sonda
   Czy interesują cię raporty z sesji NS?
Tak!
Nie.
A co to?
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Pasożyty
   Hibernatus (....
   Yakuza
   FATEout
   Legia Cudzozi...
   Pistolet Maka...
   Łowca - dzień...
   Neuroshimowe ...
   Śpiąca Królew...
   Bo kto umarł,...

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.028001 sek. pg: