..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
    ORBITAL MENU
    » Neuroshima
    » Świat
    » Bohater
    » Rozrywka
    POLECAMY

     SZUKAJ
    » Mapa serwisu
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

Reformator



- Z mięsem!
- Właśnie, że nie!
- Mówię ci, pajacu, że z mięsem!
- A skąd ty to możesz wiedzieć, krowopasie?
- Przecież każdy wie, że Z!
- Właśnie, że nie! U nas zawsze były bez!
- Bo co? Jezus ci tak powiedział?
- Odpierdol się od Jezusa, on był żydem, więc i tak nie mógł jeść mięsa.
- Co nie zmienia faktu, że są Z!
- Bucu, to ty tutaj jesteś nowy, a my mamy monopol. Od zawsze sprzedawaliśmy bez i nie zmienimy tego. Jeśli coś ci się nie podoba, to wypierdalaj z powrotem na swoje zasrane kukurydzą ranczo!
- A żebyś kurwa wiedział, że mi się nie podoba, łysa pało z pedalskim logo na karku! Tylko, że my będziemy sprzedawać Z! I po takiej samej cenie, co wy bez!
- Mam tego serdecznie dość. Edmunt, wychodzimy! - Don Rasdamer rzucił wymowne spojrzenie Redneckowi, po czym wyszedł z jego gabinetu i wsiadł do limuzyny. Dwa wozy obstawy, której Shultz by się nie powstydził, ruszyły jako eskorta.
- Jeszcze tu wrócę - rzucił Redneck i wyszedłszy nie wiadomo po co z własnego gabinetu, ruszył ku zachodzącemu słońcu, poprawiając kolta w kaburze i żując w ustach słomę.

***

- Redneck? TEN PÓŁDEBIL?! TA SKLONOWANA OWCA? TO GÓWNO W DŻINSACH I FLANELI?!
- Dokładnie tak, don Rasdamer... - Edmunt, człowiek, którego fragment DNA kodujący wyraz twarzy zaginął gdzieś w odmętach chromosomów trzydzieści - parę lat temu, nie potrafił nie zachować spokoju nawet w takich sytuacjach
- Ile?
- Sześćdziesiąt siedem i trzy dziesiąte procenta wczoraj wieczorem. Dziś rano sześćdziesiąt siedem i pół.
- Wyślij kogoś po chłopaków. Niech zrobią temu pieprzonemu konfederacie drugi "Fort Denelson"...
- Don Vino, a może lepiej ten łowca mutantów z Huston? Czeka w przedpokoju.
- Racja, zupełnie o nim zapomniałem. Niech wejdzie. - Edmunt zniknął na chwilę za drzwiami, po czym znów się pojawił. Razem z im do gabinetu wszedł wysoki blondyn z długimi włosami, ubrany w biały mundur, hełm i ciężkie buty.
- Oto on, don Vino, najgroźniejszy zabójca w tych stronach. Doświadczeniem przerasta nawet, święty Włodzimierzu świeć nad jego duszą, generała Barnaky'ego.
- Myślałem, że jesteś zachodnio-północnym greko-ewangeliko-podwójnieprotestanto-muzułmaninem odłamu sunnickiego bez stron 112-159 oraz rozdziału ósmego i nie uznajesz świętego Włodzimierza.
- Dziś środa. W środy jestem zachodnio-północnym greko-ewangeliko-podwójnieprotestanto-muzułmaninem odłamu sunnickiego bez stron 113-159 oraz rozdziału ósmego, a ponadto stron 23-26 do piątego wiersza. Święty Włodzimierz jest na 112 właśnie.
- Racja. Odkąd postanowiłem we wtorki czcić Latającego Potwora Bigosu Wymieszanego Z Lazanią ciągle mi się pieprzy ta środa z czwartkiem...
- W każdym razie. Jest silny, jest szybki, ma sprzęt wprost od Molocha, nie ma skrupułów, przechytrzy każdego. Po prostu wredniak bez uczuć. Idealny do naszych potrzeb - blondyn z oburzeniem spojrzał na Edmunta.
- Ale kocham też śpiew ptaków! - wybuchnął. - Trawę pokrytą rosą, grzybobranie, opowieści przy ognisku, biały golf!

***

- O kurwa, ale ze mnie ciota. To ja pierdolę.

***

Czego złego by o nich nie mówić, Redneckom trzeba przyznać kilka plusów. Między innymi mają zabawny kształt nosów i doskonale radzą sobie ze zwierzętami. Syn Freda Rednecka, a od niedawna Dona Rednecka (jeśli w Europie doszło do apokalipsy, to pewnie właśnie wszystkie pokolenia Włochów przewracają się w grobach...), Johnny, który od najmłodszych lat pasjonował się kaskaderskim wypasem owiec (Grand Prix w Dallas, Grand Prix w San Antonio, nagroda publiczności w El Paso), odziedziczył tę zdolność po przodkach. Nos zresztą też. Można by polemizować, czy nie bardziej przydałoby mu się teraz sprawne posługiwanie się bronią, jednak porcjowana wołowina to, w przeciwieństwie do amunicji, coś, czego w kuchni Redneck Burgera było pod dostatkiem i rzucanie nią w szturmujących posesję ludzi Razdamera było ostatnim, co mu zostało.
- Wy cioty! Mój dom jest moją twierdzą! Nie dostaniecie mnie! - krzyknął Johnny, rzucając garścią wołowiny w nadbiegającego od strony furtki przeciwnika, po czym poczuł poniżej pleców złowrogi, metalowy, zimny przedmiot zdający się mówić: "Już niedługo będę gorący".
- Jak śmiesz nazywać mnie ciotą? Moja dupa jest ciasna jak po praniu, a twoja matka to chuj - ubrany na biało blondyn pociągnął za spust, a bebechy Rednecka wraz z porcjowaną wołowiną ułożyły na ścianie, tuż obok okna, imponujący wzór mogący kilkadziesiąt lat temu zapoczątkować przełom w malarstwie.
Blondyn splunął - Tępy chuj- oświadczył i wyszedł.

***

- Jakie duże i soczyste. A jakie pomarańczowe! Będzie z nich świetny sok. Poproszę dwie.
- Zapakować?
- Poproszę.
- Reszta!
- Proszę zachować - Billy Rasdamer, pierwszy z rodziny Rasdamerów, któremu nadano amerykańskie imię (nieudany eksperyment zainicjowany przez matkę) zawsze był bardzo uprzejmy dla sprzedawców owoców. Z uśmiechem odebrał zapakowane pomarańcze i już miał się odwrócić, gdy...
- Zaraz ciebie będzie można zapakować!
...rozpędzony śrut niczym niewidzialna pięść świętego Izydora - patrona farmerów - powalił go na stoisko z pomidorami. Przerażony z początku sprzedawca, po chwili patrzenia na zwłoki, odgarnął pejsy do tyłu, wyjął z ręki zmarłego owoce i włożył je z powrotem do koszyka. Przeżegnał się, dziękując Jahwe za niemal darmowy zysk i zaczął pakować stragan do samochodu. W oddali w świetle zachodzącego słońca odjeżdżał na koniu człowiek ubrany w dżinsy i flanelową koszulę. Zdawał się poprawiać Colta w kaburze. Indianin z dobrymi oczami dostrzegłby z pewnością, że mężczyzna ów żuje słomę.

***

- Don Marco, don Campotichelli, don Ariatti, don... - tu don Rasdamer mimowolnie zrobił przerwę - Redneck. Witam was wszystkich, okazuję szacunek waszym rodzinom, częstuję najlepszym winem, mój dom jest w tej chwili waszym domem. Nie spotkaliśmy się tutaj jednak po to, by pić wino i jeść smakowity makaron, który przyrządził Edmunt. Mamy do omówienia bardzo ważne sprawy. Ostatnio straciłem syna. Stracił go też don Redneck. Nie chcę więcej zabijania. Nie jest dobrze, gdy ojciec grzebie własne dziecko. Dlatego właśnie pragnę przeprosić rodzinę Rednecków i nie mścić się. Rachunki uważam za wyrównane. - Don Vino wstał i podszedł do Freda. Ten drugi po chwili namysłu wstał i uścisnęli się niczym bracia. Po krótkim czasie wrócili na miejsca, a don Vino kontynuował.
- Teraz, kiedy pojednaliśmy się jako ludzie, musimy także pojednać się jako rodziny. Rasdamerowie byli w Salt Lake o wiele wcześniej niż Redneckowie, sami dobrze wiecie, drodzy goście. W demokratycznym świecie kapitalizmu nie mielibyśmy prawa, aby oczekiwać od Rednecków wycofania się z rynku, ale ten świat już dawno przeminął. Oczekujemy, że Redneckowie wycofają ze sprzedaży cheeseburgery z mięsem!
- Zgłaszam sprzeciw! - To było do przewidzenia. Don Marco stracił brata w strzelaninie z wegetarianami z Kalifornii. - Mi od zawsze zdawało się, że wy coś kręcicie z definicją i zatruwacie umysły porządnym obywatelom zmieniając znaczenia słów!
- A moim zdaniem don Vino ma rację. Jak sama nazwa wskazuje - hamburger to podgrzana kanapka z mięsem, zaś cheeseburger to podgrzana kanapka z serem.
- Niezupełnie. Pierwotnie to miał być Hamcheeseburger, ale nazwa była zbyt długa i dlatego ją skrócono.
- A skąd możesz dysponować taką wiedzą?
- Od znajomego łowcy!
- Od Bernarda? Tego heretyka uzależnionego od neura-coli?! On nie może być pewnym źródłem! Widziałem, jak w Wielkim Poście kopał dół! I to jeszcze w niedzielę!
- Proszę o spokój, donowie. Odwołajmy się do ksiąg. Proponuję Wielki Nowojorski Słownik Języka Angielskiego. Czy wszyscy się zgadzają? Nie jest to, co prawda, księga natchniona, ale wiele razy pomagała nam wyjść z opresji.

***

- Nie no, zajebista definicja: "Hamburger z serem". Niech sobie w dupę wsadzą obok legendarnego kija. Pieprzeni Nowojorczycy...
- Jak słusznie zauważył don Campotichelli, nowojorski słownik nam nie pomógł. Tylko doprowadził do niepotrzebnych złości i... jeśli jeszcze nie zauważyliście, świętokradztwa! Tak, drodzy donowie, od pięciu minut powinniśmy świętować Szabas!
- Księga musi zostać zniszczona!
- Więc? Na co czekamy? - powiedział wstając z miejsca Ronald Redneck, drugi syn Freda Rednecka, po czym zamachnąwszy się uderzył w książkę z całej siły trzymanym w ręku toporkiem rzeźniczym. Niewzruszona tym okładka odbiła cios, wytrącając farmerowi broń z ręki.
- Nowojorski słownik może zostać zniszczony tylko tam, gdzie go wykuto. - Oczy wszystkich zebranych zwróciły się w stronę postaci chwilę temu będącej jeszcze poza tajnym pokojem spotkań głów rodzin mafijnych Salt Lake City. Był to ubrany w szary płaszcz i dziwaczny kapelusz średniego wzrostu mężczyzna. Wystające z szerokich rękawów ręce oraz fragment twarzy dający się dostrzec spod szerokiego ronda były pokryte tajemniczymi, czarnymi tatuażami przedstawiającymi motywy roślinne i geometryczne.
- Jak to... wykuty?
- Normalnie. Nowojorczycy postanowili nie popełnić tego błędu, co ich przodkowie i teraz najważniejsze książki wykonują z bardzo wytrzymałych materiałów. Ten słownik ma okładkę wykutą z żelaza, a jego stronami można łatać bojlery.
- A ty coś za jeden? Skąd do cholery wiesz to wszystko?
Tajemniczy przybysz zsunął nieco szatę z barku i ukazał bliznę. Jak dało się zauważyć, nawet klatę piersiową miał wytatuowaną.
- Jestem Saruman Szary. A to trafienie z Bareta. Kula nie weszła głęboko w ciało, bo zasłoniłem się nowojorską erratą do podręcznika od chemii, który kupiłem, by studiować alkohole. Wyobraźcie sobie, jaką wytrzymałość musi mieć ten słownik.
- Gdzie więc można go zniszczyć?
- Musimy udać się do Góry Przeznaczenia. Tam rzucimy księgę w odmęty, z których powstała.
- W takim razie, biorę ją i chodźmy! Daleko ta góra? - Chester Rasdamer, aktualnie najstarszy syn don Vina, wyciągnął rękę po słownik, nie zdołał go jednak dotknąć, bo gwałtownie odepchnął go tajemniczy przybysz. Po ostrej wymianie spojrzeń oznajmił z powagą w głosie:
- Niesienie księgi to ciężkie brzemię. Nie każdy temu podoła. Ten słownik jest czymś więcej, niż tylko książką zawierającą głupie, nowojorskie definicje. Może nie ma duszy, ale ma wolę. Chce, aby jego autor go odnalazł. Będzie kusił, aby go sprzedać, podmienić, a nawet wyrzucić. Z czasem zacznie być coraz cięższy dla swojego powiernika. Zacznie niszczyć go od wewnątrz. I ciążyć. Ciążyć...
- Uważam, że Chester jest w stanie podjąć się tego zadania.
- Jak chcesz, to sam go nieś, bucu!
- To nie powinien być nikt z nas.
- A moim zdaniem wręcz przeciwnie. - Zebrani zaczęli się przekrzykiwać, niemal wszyscy wstali z miejsc, doszło do poszturchiwań, dało się słyszeć wyrazy określające narządy płciowe, dobrze zarabiające zawody i propozycje masturbacji. Odczekawszy chwilę, wytatuowany przybysz zdjął kapelusz, spiął frotką swoje bujne dredy i przemówił:
- Ja go wezmę. Ja wezmę na siebie to brzemię i pójdę do Góry Przeznaczenia, by zniszczyć słownik. - Zapadło milczenie
- Dobrze, nieznajomy. To wielki trud, a chęć podjęcia go jest wyrazem nieziemskiej odwagi. Wiedz jednak, że nie będziesz w tej misji sam. Gdziekolwiek się nie udasz, możesz liczyć na - don Vino wziął głęboki wdech - mojego syna Chestera, który powinien wreszcie pokazać ojcu, że jest wart powierzonego mu majątku.
- I mojego syna, Rona, także. - Redneck postanowił nie zostawać w tyle.
- Zgoda. A wiec zbierzcie sprzęt. Wyruszamy jutro o jedenastej. - Redneckowie spojrzeli wymownie na tajemniczego przybysza, który po chwili namysłu poprawił się - No dobra, może być w samo południe. Wyruszamy spod Saloonu. Powiedzcie szeryfowi, że będzie głośno, ale niewinna krew się nie poleje. Dajcie siostrom flanele do wyprasowania. Podlejcie kukurydzę, załadujcie Colty i Winchestery. Starczy? - proporcja morale po przeciwnych stronach stołu zmieniła się znacznie.

***

- To bardzo stare wzgórze. Przed laty, kiedy jeszcze nie nastąpiła wojna, ludzie organizowali tu rytuały ku czci swych bogów zwane Olimpiadami. Wierzyli, że bogowie mieszkają na górze Olimp, którą zresztą też czcili. Na ile orientuję się w ich prymitywnej mitologii, polegało to na tym, że wspinali się na szczyt taszcząc na plecach dwie deski, mające później służyć za swego rodzaju narty. Na samej górze wiązali je do nóg i zjeżdżali ze stoku w dół na pełnej prędkości. Wydawało im się, że wzniosą się potem, niczym ptaki. Pewnie legenda, którą opowiedział mi jakiś Polak z San Fransisco głosi, że pewnego dnia przybył w te strony mały wąsaty dekarz, wiecie - facet od naprawiania dachów, który zaprzedał duszę bogowi lotu - Dedalowi - w zamian za moc przemieniania się w orła. Niektórzy uważają, iż był pedałem - świadczyć by miał o tym fakt, iż nosił w uchu kolczyk. Fakt faktem, nosił bardzo pedalski strój - biało-czerwony. I do tego hełm z czerwonym bykiem. Od tego właśnie nazywano go Biało-czerwonym Orłem. Według legendy, po tym, jak chciwy posłuchu i zwycięstwa dekarz wzniósł się zbyt wysoko, a słońce spaliło jego skrzydła, co spowodowało oczywiście śmierć w wyniku upadku ze znacznej wysokości, owi poganie zaprzestali organizować tego typu rytuały i przerzucili się na wyścigi bojlerami. To jednak materiał na inną opowieść.

***

- Kurwa, wysoko tu. Z daleka wyglądało łagodniej...
- Czy oni na serio wchodzili tu na piechotę?
- Na początku tak, ale szybko skonstruowali widoczny kilka metrów dalej wyciąg wagonikowy. Do dziś jest sprawny. Jeśli wrzucisz monetę, poręcz się usunie w górę i będziesz mógł usiąść. Wjazd na górę trwa jakieś pięć minut.
- Monetę, powiadasz? Skąd ja ci teraz znajdę starożytne pieniądze?
- Tak się składa, że akurat dysponuję kilkoma. Wiecie, Bernie mi znalazł...
- Dziś poniedziałek? Cholera... dziś jestem żydem... Ile za sztukę?
- Niech będzie, że twój pistolet.
- Pistolet?! Pogrzało cię?! Myślisz, że jestem katolikiem? To prawdziwy, izraelski Jericho!
- Powiedziałem już. Od ciebie chcę pistolet, od ciebie też, od ciebie radio, a od ciebie linę. To moje ostatnie słowo. Płaćcie albo zapieprzajcie na piechotę - wytatuowany gość w dredach wskazał wymownie ręką na nieciekawie wyglądające zbocze. Po chwili w jukach jego osiołka, obok ogromnego słownika, paczki suów, książki wyglądającej na biografię jakiegoś jubilera i zawiniętej w stary strój listonosza dziwnie wyglądającej skrzyneczki, znalazły się również dwa pięknie lśniące Jericho 941, mała krótkofalówka i dwadzieścia metrów liny alpinistycznej. Mężczyzna poklepał osła po pysku i wyjął z bagażu dziwnie wyglądający plecak, a następnie upewniwszy się, że towarzysze są w pełni pochłonięci zabawą nowo otrzymanymi dolarami, nie bawił się w udawanie, że próbuje włożyć do środka nowojorski słownik. Przywiązał osła do parkanu opodal i zagoniwszy pozostałych do kolejki, wsiadł na miejsce kierowcy.

***

- Co jest? Dlaczego stoimy?!
- Ej, Sarumanie, dlaczego kolejka przestała jechać? Przecież jesteśmy dopiero w połowie wysokości?
- JERRRONIIIMOOOOOOOOO!!!

***

- Kurwa. Nigdy więcej skoków na starszym niż 15 lat. Ten pamięta chyba jeszcze Market Garden... - burknął pod nosem niedoszły spadochroniarz i nie marnując już czasu na masowanie dupska, poszedł w kierunku swojego osiołka.

***

- Don Vino, przynoszę zatrważające wieści. - Edmunt zrobił wszystko, co w jego mocy, aby siedząca w kącie biura don Rasdamera sekretarka spisująca wszystkie słowa, które padły w tej sali, mogła na jego końcu postawić wykrzyknik. Upewniwszy się, że to zrobiła, podjął także próbę uśmiechnięcia się do niej promiennie. Chyba mu się udało, bo w przeciwnym razie oznaczałoby to, że Lisa czuje do niego to samo, co on do niej i rozumieją się nie tylko bez słów, ale także bez tego, czym słowa zastępują sobie normalni zakochani rozumiejący się bez słów, a czego zdecydowanie brakowało Edmuntowi. Otrząsnąwszy się jednak ze swych marzeń erotycznych consiglieri kontynuował swój meldunek przerywając donowi tasowanie kart stylizowanych na plasterki sera. - Moi szpiedzy donieśli, iż widzieli, jak powiernik słownika wyskoczył z kolejki górskiej przy dawnej skoczni narciarskiej. Najprawdopodobniej umarł. Kiedy próbowaliśmy nawiązać łączność z resztą przez radio - to, które swojemu synowi dał don Ariatti - usłyszeliśmy tylko deklarację nieznanego człowieka, która brzmiała: "Nic nam nie jest. Nie mamy czasu, niesiemy księgę do Góry Przeznaczenia. Nie martwcie się, wracamy niebawem. Pod żadnym pozorem nie sprowadzajcie na dół kolejki linowej. To może spowodować kres naszej misji i porażkę".
- To mi śmierdzi podstępem, Edmuncie. Daj te informacje naszym brytyjskim deszyfrantom. Złamali enigmę - z tym też sobie poradzą. Chcę wiedzieć, o co chodziło temu, kto nadał tę wiadomość!
- Już to zrobiłem, don Vino. Cudem zdążyłem im to zanieść przed piątą. Według nich wiadomość sprzed zaszyfrowania brzmi następująco: "Mam ich wszystkich. Jednego już wyrzuciłem z kolejki i niech to będzie dowód, że nie żartuję. Przywieźcie ciężarówkę Earl Greya pod brytyjską ambasadę z Salt Lake albo zabiję resztę". Ich zdaniem porywacz cały czas jest w kolejce w połowie wysokości góry.
- Do cholery! Skąd ja mu wytrzasnę tyle pieprzonej herbaty?! Nie dam rady, Edmuncie. Nie pozostaje nam nic innego, jak wysłać wszystkich ludzi pod ten pierzony wagonik i podjąć negocjacje nad inną walutą. Oczywiście jak tylko zjadą na dół, zabijemy drania!
- Komu zlecić dowództwo nad akcją?
- Ten łowca mutantów z Huston dobrze poradził sobie ostatnim razem. Niech dowodzi i teraz. Niech zrobi z porywacza ser szwajcarski! - Edmunt najwyraźniej nie zrozumiał dowcipu króla sera, a przynajmniej nie zaśmiał się. Aby niezręczna cisza nie wisiała w powietrzu zbyt długo, błyskawicznie wyszedł z pokoju i zaczął przygotowywać operację ratunkową.

***

Była ciemna noc i wszyscy już spali. Ostatni prawdziwi Teksańczycy w tych stronach skończyli już odchodzić ku zachodzącemu słońcu, poprawiając w kaburze Colta oraz żując słomę i wrócili do domów. Ludzie don Rasdamera, don Ariattiego i don Capotichelliego położyli się wcześniej - tuż po trzecim piwie - aby jutro nie zaspać na akcję, jedynie dwie postacie nie były jeszcze w łóżkach. To znaczy nie tylko te dwie, bo jeszcze wielu złodziei, jacyś wędrowcy i paru gangerów, ale nie są oni tak ważni dla fabuły, więc można ich pominąć. Tak więc tylko dwie postacie w całym Salt Lake nie spały jeszcze bardziej lub mniej słodkim snem. Pierwszy z nich w cieniu ogromnej świątyni jednego z popularniejszych kościołów na świecie był praktycznie niewidoczny. Człowiek, który by go znał wcześniej, z trudem odróżniłby akterystyczne bujne dredy ukryte pod dziurawym, szarym kapturem szaty sięgającej do połowy łydek. Postać ta, upewniwszy się, że strażnicy świątyni, jak co noc, schlali się przy kartach i leżą gdzieś w okolicach cmentarza, podbiegła do ogromnego portalu i wyciągnąwszy zza pazuchy jakąś tabliczkę, garść gwoździ i młotek, zaczęła mocować ową tabliczkę na wysokości wzroku, tuż nad klamką. Tylko jedna osoba miała prawo to dostrzec. Skradający się do mieszkania Lisy Edmunt, bez względu na porę dnia nie wyzbywał się dwóch rzeczy - kamiennej twarzy i bystrych oczu. Złośliwi dodają do tych dwóch również trzecią - problemy z erekcją, ale na to nikt jeszcze nie zgromadził wystarczających dowodów, zakładając, że, według Edmunta, ponad osiemdziesiąt megabajtów zdjęć i relacje tuzina świadków, to niewystarczające dowody. Przebiegły Edmunt poczekał, aż śmiałek skończy swój proceder, po czym podkradł się na miejsce zbrodni, a jego oczom ukazała się lista. Lista dziewięćdziesięciu sześciu podpunktów zaprzeczających wszystkiemu, za co on i ludzie jego pokroju - trzymający władzę - kochali Salt Lake. Jego wnikliwe oczy momentalnie prześledziły znaczną ilość tekstu. Doszedłszy jednak na koniec listy, Edmunt nagle wyzionął z płuc całe powietrze i osunął się na kolana. Kątem oka dostrzegł, że na wysokości kieszeni spodni pojawia się wzniesienie. Tak, erekcja. Mimo strasznego szoku, jakiego doznało jego ego na polu etniczno-ideologicznym, Edmunt umierając na zawał serca umierał w podwójnie niespotykanych dla siebie okolicznościach - z członkiem we wzwodzie i uśmiechem na twarzy.

***

- Ej, ty tam! Nie mamy tyle Earl Greya! Szef pyta, czy może być coś w zamian?! - Bill McSallo był urodzonym negocjatorem. A przynajmniej był jedynym Teksańczykiem, któremu udało się wmówić, że jest i zmusić, by darł przez megafon ryja do ludzi w kolejce, kilkadziesiąt metrów wyżej. - Pytałem, czy może być coś zamiast herbaty, którą sobie życzyłeś, bo nie ma jej tyle nawet w całym stanie! - Krzyczał faktycznie głośno i były naprawdę spore szanse na to, że ktoś w kolejce go usłyszy. Nie przewidział jednak jednego istotnego faktu. Tam na górze nikt nie miał megafonu i nie był w stanie odpowiedzieć wystarczająco głośno, aby został usłyszany... - Milczysz?! Dobra! Udowodnimy ci dobrą wolę! Przywieziemy całą herbatę, jaka jest w naszym zasięgu, to może puścisz chociaż część zakładników, co?

***

- Panie Admirale... e, to znaczy don Rasdamer, to jest do chuja niepodobne! Jestem pana najlepszym człowiekiem, ale co pan sobie myśli, że co? Że ja nie mam życia prywatnego?
- Ależ ja wiem, że tacy bezwzględni zabójcy jak ty nie mają życia prywatnego!
- Żądam urlopu!
- Dobra, dobra, powiedz, jak tam wam poszło pod tą kolejką.
- Na razie doszliśmy do porozumienia. Wypuści pańskiego syna i może jeszcze kogoś, ale musimy zwieźć mu całą herbatę, jaka jest w naszym zasięgu. Negocjacje w takich warunkach są trudne, sprawa jest delikatna i wymaga czasu. - Z ust bezmyślnego mięśniaka w białym, gejowskim stroju i niemodnych, ciężkich, czarnych butach tak skomplikowane słowa z dziedziny dialogu brzmiały co najmniej rozpieprzająco.
- Dobrze sobie radzicie. W sumie, to mógłbym dać wam urlop... - don Vino już zaczął wymiękać, jednak w tym samym momencie do jego gabinetu wpadł Paolo zastępujący Edmunta, który od rana nie zameldował się w biurze.
- Don Rasdamer! Mam straszliwe wieści! - Wspaniale było móc wreszcie słyszeć podobne słowa od człowieka potrafiącego wybałamuszyć wystraszone oczy i zblednąć na policzkach. - Sam nie wiem od czego zacząć! Może od tego, że Edmunt nie żyje! A może nie! Zacznę od cudu! Tak! Cudu! Edmunt doznał wzwodu!
- ON?! WZWODU!?!
- TAK!
- Aniołowie chwalcie imię Pana!
- Don Vino, chciałem przypomnieć, że według czwartej poprawki do kalendarza gregoriańskiego mamy dziś wtorek, a we wtorki jest pan Świadkiem Dni Spadającego Nieba i odrzuca pan kult aniołów.
- Racja, Paolo. Ale melduj dalej! Czy Edmunt w końcu żyje, czy nie?
- No nie. Znaleziono go dziś rano martwego pod kolegiatą. Ale wzwód cały czas jest widoczny.
- Czy biskupi odcięli już ten członek i uczynili z niego relikwię?
- Nie, panie, bowiem tuż nad ciałem do portalu świątyni przybito w nocy kartę dziewięćdziesięciu sześciu tez, a jedna z nich obalała handel relikwiami jako prawowity czyn wiernych!
- Jakich znowu tez?!
- No bo to ten cały Reformator, który przybył tu z Woli Pańskiej! On to właśnie dokonał cudu i spełnił prośbę umierającego na lunatyzm Edmunta, aby przed śmiercią doznał erekcji. Ów Reformator powiedział, że przybył, aby oczyścić Salt Lake City z grzechu. W tym celu sporządził listę swoich przekonań, do których wszyscy mamy się zastosować, inaczej dokona kolejnego cudu - tym razem ześle na nas potop!
- No dobrze, a jakie to są te tezy?
- Drastyczne! Strasznie rygorystyczne! Ale lepiej się do nich stosujmy! Reformator zyskał sobie już znaczną liczbę wyznawców, rozdając im za darmo kokainę i opowiadając o tym, jak zreformował Nowy Jork, Detroit, czy Las Vegas.
- Dobra, nie mam teraz czasu na wszystkich dziewięćdziesiąt sześć. Podaj mi trzy najbardziej godzące w nas tezy tego Reformatora.
- Mam je tu wynotowane, don Vino. Trzydziesta siódma: "Kapłan każdego stopnia poniżej Wielkiego Reformatora bez zgody Wielkiego Reformatora nie może współżyć z kobietą ani mężczyzną od czasów swych ślubów kapłańskich. Tym samym nie powinien zawierać jawnego małżeństwa i korzystać z przysługujących mu dzięki temu ulg podatkowych". Siedemdziesiąte szóste: "Handel relikwiami oraz odpustami nie wchodzi w grę pod żadnym pozorem. Nie zasobność portfela (garażu) powinna decydować o naszym zbawieniu, ale nasza wiara" oraz najgorsze - dziewięćdziesiąte szóste: "Cheeseburgery MAJĄ mięso!" - don Vino na te słowa aż zadrżał. Po chwili głębszych oddechów oznajmił z drżeniem w głosie:
- Jesteśmy zrujnowani. Tutaj już nikt nie kupi naszych cheeseburgerów. Chyba, że pozbędziemy się tego Reformatora czym prędzej. Kapitanie, dam panu tyle urlopu, ile będzie pan chciał, jeśli znajdzie pan tego klechę i zabije. Jak najszybciej!

***

- Tępe chuje, jak mogliście nie zabrać na akcję nabojów do karabinu?
- Panie kapitanie, a pan dlaczego nie wziął?
- Zamknąć się, tępe chuje. Dobra. Manewr "Milion" - oznajmił z powagą kapitan, by po chwili uzbrojona w broń ręczną grupa pościgowa ruszyła biegiem za uciekającym kaznodzieją.

***

- Szybko! Wsiadaj!
- Kim jesteście i w co wierzycie?
- Daj spokój z tymi pytaniami o religię. Jesteśmy Brytyjczykami. Pospiesz się, bo zaraz tu będą! - Tajemniczy uciekinier z twarzą pokrytą tatuażami porównał wygląd rozmówców z posiadanymi danymi na temat Brytyjczyków, zauważył berety, niespotykany powszechnie wzór kamuflażu na mundurach i worek kijów golfowych na kolanach żołnierza siedzącego obok kierowcy. Postanowił zaryzykować i wskoczył na pakę ciężarówki.

***

- Jesteśmy w drodze. Nasza pozycja 4A 7D. Zielone światło, kod czwarty. Dwie kobiety, dwóch mężczyzn i dwadzieścia torebek japońskiej herbaty. Będziemy za piętnaście minut. Wstawcie czajnik.

***

- Jak ci smakuje, Katja?
- Dziękuję, kapralu, wyśmienite. To wspaniale, że usłyszałyśmy wasz komunikat. To było coś niezwykłego - po tygodniu ukrywania się w piwnicy w głodzie i strachu, tracąc nadzieję nagle odzyskać ją, słysząc, że jeszcze wszystko może być jak dawniej. - Kapral Smiths chciał kontynuować uprzejmą konwersację, jednak sierżant Wallace miał inne plany, a starszość stopnia sugerowała realizację tych jego przed tymi kaprala:
- Dość tego pieprzenia. Panie majorze, daliśmy im jeść, Murphy wyprał ich ciuchy, zostały opatrzone, kiedy wreszcie będziemy mogli je zerżnąć? - Bezpośredniość sierżanta wciąż jeszcze potrafiła zaskakiwać majora, choć służyli razem od czasu, kiedy ten był jego starszym szeregowym. - Obiecał nam pan kobiety w zamian za dalsze słuchanie rozkazów, mimo, iż Wielką Brytanię chuj strzelił, rodzina królewska dawno się już rozłożyła, a flota Royal Navy składa się z naszego dziurawego pontonu.
- Majorze! Nie wierzę... - Monika, towarzyszka Selen upuściła widelec, a oczy zaszły jej łzami. - Po tym wszystkim? Tych obietnicach nowego, lepszego świata, leków, jedzenia, amunicji i... herbaty?
- Drogie panie, jestem wam winien wyjaśnienia. - Major odruchowo zaczął bawić się parasolem, a widząc równie nerwowe tiki u dwóch mężczyzn przywiezionych wraz z kobietami, skinął na strażników, by także mieli to na uwadze. - Jak słusznie zauważył sierżant Wallace, swego czasu zaistniała pewna umowa między mną, a moimi żołnierzami. Pragnę zwrócić uwagę na fakt, iż krótko po tym całym zamieszaniu z atakami jądrowymi, buntem maszyn i odwołaniem stanowych mistrzostw w krykieta, byli oni faktycznie wystraszeni i zagubieni. Niektórzy z nich, tak, jak - Panie świeć nad jego duszą i zachowaj królową! - szeregowy Duncan. Ten biedny Irlandczyk wybrał los samobójcy. Inni jednak, jako dżentelmeni, mieli dostatecznie dużo kultury, aby poinformować mnie o planach swojej dezercji, którą motywowali jawnym i oczywistym rozwiązaniem kontraktów ze Zjednoczonym Królestwem. Panie rozumieją, oni nie mieli motywacji! Po cóż trud, walka i praca, jeśli ich ojczyzna przestała istnieć? Nie ma dla czego się trudzić. Jak zdrowo byśmy się nie trzymali, za kilka lat umrzemy, a wraz z nami ostatni czystej krwi Anglicy na świecie. Postanowiłem dać im odrobinę nadziei. Wraz z wami, drogie panie, jesteśmy w stanie odbudować Królestwo! Pragnę zauważyć, że nie będzie wam z nami źle. Bynajmniej. Wszyscy jesteśmy dżentelmenami. Nawet Wallace, gdy ochłonie. Będą panie najważniejszymi obywatelami naszej Nowej Wielkiej Brytanii... - flegmatyczny Brytol mógłby kontynuować jeszcze przez długi czas swój wywód, jednak jeden z pilnie strzeżonych od ostatnich kilku minut mężczyzn nie mógł się powstrzymać od podjęcia próby zadbania o własny czteroliterowy interes. Zapewne cały wytatuowany.
- Panie majorze, - zaczął nieśmiało - przepraszam serdecznie, że przerywam, ale... skoro obiecał pan swoim żołnierzom kobiety, to... czy ja, oczywiście po dowiedzeniu mojej płci u waszego sanitariusza, jeśli mi nie wierzycie, choćby ze względu na mylącą długość włosów, mógłbym sobie stąd... pójść?
- Czekałem na podobne pytanie. - Po sali przeszedł kontrolowany ni to szmer, ni to śmiech. - Odpowiedź brzmiałaby zapewne twierdząco, jednak są pewne okoliczności, które zmieniają jej brzmienie. Kilka dni przed tymi straszliwymi wydarzeniami sprzed kilku lat - Panie chroń od takich Królową! - gościliśmy w naszej ambasadzie francuski kontyngent żandarmerii. Nasi zamorscy sąsiedzi miewają czasem dziwne fantazje i zażyczyli sobie również mężczyzn... Sam pan rozumie, panie Dickinson, gościom się nie odmawia...

***

- Herman, uważaj z prawej!
- Widzę go, dawaj stołek!
- I jeszcze jeden z lewej!
- Pojedź go pogrzebaczem!
- A masz, geju!
- Tak jest, Bruce! Pałuj pedałów! - Herman Keller, pracownik niemieckiej ambasady w Salt Lake, w prostej linii potomek Stuhrbanfuhrera Kellera, tak, tego od pacyfikowania demonstracji po nocy kryształowej, miał po prostu we krwi nienawiść do kochających inaczej. Gdy tylko po posiłku odprowadzono go do celi, upewniwszy się orientacji swojego współwięźnia, który przedstawił się już wcześniej jako Bruce, zaprezentował mu swój plan wydostania się z niewoli i, jak to ujął, wpierdolenia wszystkim zbokom, odbicia panienek i spierdalania do Teksasu. Plan był ogólnie niezły, jednak już na początku pojawiły się komplikacje w postaci francuskiego plutonu żandarmerii. Chłopaki od majonezu byli wyjątkowo waleczni, jak na swoją narodowość. A może nie tyle waleczni, co spragnieni?
- Herman, za tobą!
- AAAA! To majonez!
- Łap łyżkę!
- Podaj chusteczki!
- Cholera, nie ma już! Herman, trzymaj się, idę do ciebie!
- Nie, Bruce, ty musisz trzymać się planu! Dorwij tego żyda, ich dowódcę, i wypuść kobiety! Bez białych, nie zszarganych kobiet Nowa Wielka Aria nie powstanie!
- Herman, uważaj, jeszcze jeden! O nie! On niesie trufle!
- Bruce, ja ich powstrzymam, ty już idź! Biała rasaaa! Biała duuumaaaaa! - krzyknął Herman, wznosząc dumnie prawe ramię, po czym jego łysa głowa utonęła w kłębie nóg, rąk, pał policyjnych i słoików majonezu. Jego towarzysz odgarnął do tyłu dredy i nie czekając na ostateczną porażkę towarzysza podniósł leżący przy ogłuszonym Francuzie Peem i ruszył ku wyjściu.
- Nadchodzę, panie majorze - rzucił pod nosem.

***

- Zdrowy, rosły, ma śmieszny akcent, ale da się go zrozumieć. Świetnie nada się na arenę lub do pracy na polu. - Pokryty tatuażami wędrowiec nie raz i nie dwa uciekał się do powszechnie uważanego w niektórych stronach za niecny procederu handlu żywym towarem. Z czasem nabył potrzebnej wiedzy na temat tego, jak przechowywać i reklamować swój. Major związany był naprawdę solidnie, a jednocześnie delikatnie, by sznur nie odkształcił się na jego muskulaturze, ani nie zasłaniał zbyt dużej powierzchni ciała, co uniemożliwiłoby potencjalnemu nabywcy obejrzenie towaru.
- Niech będzie, że dam tego osła, dwa magazynki i żarcie. Ale dlaczego nie podbijemy stawki? Dołożę radioodbiornik chwytający czasem Orbital oraz kolejne dwa magazynki i trzylitrowy bukłak samogonu, a wy coś dorzucicie. Te rzeczy i tak nie są mi potrzebne...
- A co powiesz na te dwie o tam? - Wytatuowany handlarz pochylił się nieco bliżej swojego kontrahenta i wskazał na Katję i Monikę poprawiające właśnie makijaż kilka kroków dalej.
- Umowa stoi. - Kalifornijczyk zaśmiał się pod nosem czując, że właśnie zrobił interes życia.
- Tylko wiesz, najlepiej powiemy im, że Herman życzył sobie, abyś zabrał je do niemieckiej ambasady w Kalifornii wraz z tym związanym, żeby osobiście zeznawały w jego procesie.
- Ale w Kalifornii nie ma niemieckiej ambasady.
- Ale one o tym nie wiedzą. Grunt w tym, że nie będą się wyrywać i nie trzeba ich wiązać.

***

Nad Nevadą słońce zachodziło wyjątkowo szybko. Od kilku dni nie było tu już żadnego Teksańczyka, który mógłby odprowadzić je poprawiając w kaburze Colta i żując słomę. To sprawka pewnego łowcy mutantów noszącego się na biało, który na kilka dni pojawił się w tych stronach ni z tego ni z owego - prawdziwa bomba. Trochę to też sprawka tajemniczego wędrowca o ciele pokrytym tajemniczymi, czarnymi znakami, który odziany w szary płaszcz i dziurawy kapelusz z dużym rondem, w asyście jucznego osiołka przybył tu z dalekiego południa. Teraz szedł na zachód, aby zastąpić owych nieobecnych Teksańczyków. W jukach obok pokaźnej ilości samogonu i suszonego mięsa trzymał prosty odbiornik radiowy, nieco zmodyfikowany, aby był w stanie odbierać audycje z orbity okołoziemskiej.
- Maaaackie! Wiem, że już późno, ale... NIEEEE ŚPIIIIIJJJ!
- O kurwa... Zapowiada się długa noc. Przynajmniej nie grozi mi zaśnięcie w trakcie podróży... - wędrowiec doskonale znał głos tego spikera i wiedział już, co czeka go przez następnych kilka godzin...


Zobacz też:
» Część I: Pielgrzym
» Część II: Prorok
» Część III: Wieszcz


Paprotek.
komentarz[17] |

Komentarze do "Reformator [IV]"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.
© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl

Wykryto nieautoryzowany dostęp!!!

   PATRONUJEMY

   WSPÓŁPRACA

   Sonda
   Czy interesują cię raporty z sesji NS?
Tak!
Nie.
A co to?
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Pasożyty
   Hibernatus (....
   Yakuza
   FATEout
   Legia Cudzozi...
   Pistolet Maka...
   Łowca - dzień...
   Neuroshimowe ...
   Śpiąca Królew...
   Bo kto umarł,...

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.025893 sek. pg: