..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
    ORBITAL MENU
    » Neuroshima
    » Świat
    » Bohater
    » Rozrywka
    POLECAMY

     SZUKAJ
    » Mapa serwisu
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

John Brown



John Brown nienawidził swojego imienia. I nazwiska przy okazji też. No kurwa, jego rodzice mogli się wykazać choć odrobiną inwencji, skoro nazwisko mieli już tak pospolite. Mógł się nazywać jakoś biblijnie...
Mogli nazwać go Jonas, Jozue. Mogli niebiblijnie, ale ciekawie? Nathan. Maxwell. Ale John?

John Brown dużo czytał. Często nawet zamiast pracować, co już nieraz przysporzyło mu kłopotów. Raz zaczytał się w jakąś powieść i spod nosa uciekł mu mutant, na którego przez tydzień zastawiał pułapkę.

Podszedł do kasy biletowej. Powybijane szyby i pajęczyny. Niezwykle wyblakły plakat promujący koncert The Rolling Stones w 3D. Ślady jakiegoś pożaru - chyba całkiem świeżego.

Mógł się nazywać Theodore. Jak Prezydent. Minął niewielki hall, przyklęknął na jedno kolano i rozejrzał się. Mutantka musiała tu być, wiele razy, ale chyba tu nie mieszkała. Czuł dziwny zapach, nie potrafił go jeszcze rozpoznać. Ale rozpozna.

Mógł się nazywać Vincent - to fajne imię. Fajnie byłoby móc przedstawiać się "Hej, mów mi Vince!". Kurwa! John, John Brown - brzmi to jak jakiś kiepski pseudonim aktora z filmów porno.

Przejście na klatkę schodową zostało odgruzowane, po czym ktoś na nie wrzucił kilka lekkich mebli dla zamaskowania. Tak, oszukać w ten sposób profesjonalnego tropiciela - marzenie dla naiwnych.

Kiedyś próbował sam nadać sobie pseudonim. Hej, jestem John, ale mów mi "Siny." Zaraz pojawił się jakiś jego kumpel i konspiracja się posypała. Minął stanowisko z popcornem, ostrożnie posuwał się w stronę schodów na salę kinową. Rozejrzał się, lufą karabinka otworzył drzwi do toalet. Lustro pęknięte wpół, rozbita muszla klozetowa. O dziwo wiszący kawałek lustra został wytarty. John zajrzał ostrożnie do kabiny - pusto - a wychodząc spojrzał w swoje odbicie. Dawno się nie golił.

Mógł mieć na imię Louis. Louis to imię z klasą. Ta mutantka, którą ścigał, była klasyczna. Podwyższona czujność, prawdopodobnie widzenie w szerszym spektrum - przekonał się o tym, kiedy miał ją na muszce. Był wtedy ukryty, niewidoczny i nieruchomy. Wiedział, że jest inna. Wiedział, którędy chodzi. Wyszła mu prawie pod lufę, czekał, aż wejdzie w zasięg pewny - nie chciał tego spieprzyć. Nie po poprzedniej wpadce, kiedy parka mutantów mu uciekła, a potem zeżarli grupkę pielgrzymów, których miał chronić.

Elvis nie... Elvis było przekombinowane. W każdym razie wtedy mutantka nie weszła mu w zasięg pewny. Cztery kroki wcześniej spojrzała prosto w jego stronę, myślał, że przypadkowo, że jeszcze ruszy w przód. Cztery kroki by wystarczyły, tego był pewny. Znał swoją wysłużoną strzelbę, palec czekał na spuście, gotów wysłać pocisk kończący kolejną marną imitację istoty ludzkiej. Niestety w tym właśnie momencie inna wydała z siebie dziwny szloch i skoczyła w jakieś drzwi. Nie mogła go wtedy zobaczyć, nie za pomocą podstawowych ludzkich zmysłów. Był na siebie wściekły. Właśnie wtedy przyrzekł sobie, że tego mutanta ubije i każe z jego skóry zrobić sobie buty. Albo płaszcz. Mając płaszcz ze skóry mutanta mógłby w końcu dorobić się jakiegoś sensownego pseudonimu, zostawić za sobą nieszczęsne John Brown. John Brown brzmiało jak marka kawy.

Kino było niezwykle ciche, smród stęchlizny i pleśni pokrywającej ściany i sufity raz po razie atakował jego nozdrza, wspierany przez ten dziwny, nieokreślony zapach. John powoli wchodził po schodach w stronę wejścia na salę kinową. Pojedynczy szczur z piskiem przebiegł wzdłuż ściany i zniknął w norze. Przejście do sali było otwarte, jedno skrzydło drzwi leżało na podłodze, drugie trzymało się tylko na dolnym zawiasie, w każdej chwili grożąc odpadnięciem i wzbudzeniem straszliwego łoskotu. Wszedł na salę, z karabinkiem gotowym do strzału. Tym razem nie brał strzelby, postawił na możliwość pociągnięcia serią za uciekającą paskudą. Wiedział, jaka potrafi być szybka, zwrotna, i jak niesamowicie miała wyczuloną intuicję - ale przecież nie miała szans uniknąć serii pocisków. Palcem sprawdził, czy broń jest odbezpieczona, poprawił chwyt dłoni, wygodnie położył palec na spuście, policzek oparł o kolbę. Zapach był coraz mocniejszy - właściwie nawet nie był nieprzyjemny... był dziwny, bardzo niepokojący.
Była tam! Siedziała w jednym z ostatnich rzędów, tyłem do niego, chyba go nie wyczuła. W sumie nawet by jej nie zobaczył, gdyby nie to, że wydała z siebie jakiś dźwięk i tym zdradziła swoje ukrycie. Właściwie ukrycie to za duże słowo - ona po prostu siedziała w jednym z foteli. John podszedł trochę bliżej, przysuwał się do niej małymi krokami idąc w rzędzie foteli tuż za jej plecami. Zastanawiał się, jak blisko uda mu się podejść, zanim zostanie zauważony. Jeszcze kilka kroków, i będzie w stanie przystawić jej lufę do potylicy i oddać tylko jeden strzał - oszczędziłby wtedy amunicję. Był bardzo ciekawy, czy ta miała jakieś zewnętrzne mutacje, postanowił, że sprawdzi to dokładnie...
- Nie mam. Tylko te w głowie.
Zamrugał oczami zaskoczony. Ona nawet się nie ruszyła. Stał tak za nią, z lufą karabinka w odległości pół metra od jej głowy i zastanawiał się, czy ona to powiedziała, czy tylko mu się wydawało. Musiał wziąć się w garść, dokończyć sprawę i zabrać ciało. Inaczej nie wypłacą mu nagrody. Odetchnął powoli, po czym w myślach zaczął odliczać ostatnie sekundy życia mutantki. Dziesięć... dziewięć... osiem...
Pochyliła głowę.
Siedem.
Kątem oka zauważył, że jej dłonie kurczowo wpijają się w zagłówek fotela przed nią.
Sześć.
Zaczął celować w okolicę foramen magnum, chcąc jednym precyzyjnym strzałem zakończyć zlecenie.
Pięć.
Jej palce zacisnęły się mocniej, cała dłoń drżała.
- Cztery.
Miała taki smutny głos.
- Trzy.
Niesamowicie smutny. Nieznany zapach był odurzający.
- Dwa.
Zacisnął zęby.
- Jeden. Zrób to.
Głos jej się nawet nie łamał.
- Już...
Stał jak zahipnotyzowany jej głosem. Znów. Rosła w nim wściekłość, przecież to było jedno drgnienie palca - i już, byłoby po sprawie. Huk, błysk, łuska koziołkująca w powietrzu, zostawiająca za sobą smużkę dymu. Głowa opadająca na piersi. Odgłos łuski odbijającej się po raz pierwszy od podłogi. Ciało powoli przechylające się do przodu, drugie uderzenie łuski o posadzkę, echo wystrzału piszczące w uszach, powidok błysku na siatkówkach oczu.
Cisza.
Stał za nią, ciągle gotów do strzału. To zaczynało się robić idiotyczne.
- Mówią na mnie Trevor.
- Kłamiesz...
W sumie jej głos nie był bardzo ładny. Odrobinę chropowaty. Powoli obniżył lufę karabinka. Dziewczyna nie ruszyła się ani odrobinę, nadal siedziała przed nim, wpatrując się w martwy ekran. Ktoś czerwonym sprayem namalował na nim duże, czerwone oko. Ciekawe czemu nie na środku ekranu, tylko trochę z prawej.
- To moje ulubione kino. Wiele razy przychodziłam tu i wyobrażałam sobie, że oglądam filmy. Szkoda...
Ostatnie słowo było wtrącone bez sensu.
- Czego szkoda?
- Że tu się wszystko kończy. Chciałam zobaczyć ocean. Podobno zapiera dech w piersiach.
- Byłem raz nad oceanem, ale nie miałem czasu się zachwycać. Akurat... coś tropiłem.
- Tropiłeś "coś"? - żachnęła się. Chyba wiedziała co konkretnie tropił. Opuściła głowę jeszcze niżej. Łza wyżłobiła swój ślad na szarej od brudu twarzy. Odpowiedzi nie było, więc po chwili ciszy zupełnie zmieniła temat - Jak to jest być częścią społeczności?
- Słucham? Zaraz cię zastrzelę, a ty pytasz o społeczności, albo gadasz o morzu?
- Tak. Dokładnie tak... skoro nigdy więcej nie będę miała okazji rozmawiać o czymkolwiek, to dlaczego miałabym nie spytać o nurtujące mnie rzeczy akurat mojego kata?

Dłoń z karabinkiem zadrżała, po chwili lufa broni opadła ku podłodze. To było ponad siły, przekraczało granice absurdu i irracjonalności świata, do których był przyzwyczajony. John chyba po raz pierwszy w życiu czuł się zupełnie zaskoczony. To nie miało tak wyglądać, zwierzę było do odstrzelenia, mogło walczyć, mogło robić zasadzkę. Mogło uciekać - tego się spodziewał. To, że zwierzę - mutant - cel siedziało przed nim prawie bez ruchu i wypytywało o ocean i społeczeństwo - i że tak łudząco była podobna do normalnych ludzi - to było nierealne.
- Wiesz, zawsze miałam nadzieję umrzeć na szczycie jakiegoś wysokiego budynku, tak, żeby spadać w dół jeszcze świadoma... Coraz bliżej do ziemi. Kilka razy nawet stałam na samej krawędzi, zastanawiałam się czy już powinnam kończyć... Nigdy się nie zdecydowałam. Tymczasem zamiast na powietrzu - padnę w zamkniętym, zatęchłym pomieszczeniu. Jak ty chciałbyś kiedyś umrzeć?
Nie chciał odpowiadać. To głupie - rozmawiać z czymś imitującym człowieka o tym, w jaki sposób chciałoby się skończyć. Nawet swoim przyjaciołom o tym nie mówił - zresztą nigdy o tych tematach nie rozmawiali. Człowiek miał i tak za dużo na głowie zmartwień jak przeżyć, żeby w ogóle zastanawiać się jak chciałby zginąć. Poza tym jak zabrzmiałoby, gdyby się przyznał, że zawsze myślał o śmierci w płomieniach?
- Straszny ból. Podobno to jeden z najgorszych sposobów.
Miał tego dość. Mutacja była ewidentna, broń wycelowana, nie mógł tylko przez to głupie gadanie zdecydować się na zakończenie sprawy. Rozpaczliwie szukał innego rozwiązania.

I znalazł je. Przecież dostarczenie zleceniodawcy żywego mutanta może być bardziej opłacalne. Co oni z nią zrobią - już nie jego sprawa. Mogą ją zabić od razu, sprzedać na arenę, zrobić niewolnicę, mogą ją nawet dać do wydupczenia więźniom, albo jakiejś bandzie motocyklistów w zamian za darowanie spokoju. Ich sprawa, nie jego.
- Przerzucenie odpowiedzialności? Myślałam, że to już tu nastąpi koniec. Nawet udało mi się wprowadzić w patetyczny nastrój - zawsze to lepiej umierać z godnością, niż błagać o litość na kolanach. Widzę jednak, że będę musiała cierpieć dalej - a nie wiem czy wtedy się nie złamię. Perspektywa zbiorowego gwałtu jest potworna, nie wiem, czy w ten sposób nie jesteś bardziej okrutny niż gdybyś mi tu strzelił w brzuch i zostawił na wykrwawienie.
Związał jej ręce za plecami, kazał wstać i poprowadził do sali z projektorem. Resztki urządzenia stały na środku pomieszczenia niczym jakaś dawno zapomniana rzeźba, nieme i dawno wyłączone z użytku. Zastanawiając się jaki był ostatni film, jaki tu puszczono przywiązał mutantkę do jednej z masywnych nóg projektora. Zabarykadował wejście wściekły, że za dużo czasu stracił na tropieniu i musi czekać do rana z powrotem do karawany. Z plecaka wypakował koc i jedzenie, otworzył konserwę bez nalepki i znów zatopił się w rozmyślaniach. Przecież mogli dać mu na imię Ebenezzer. Tym razem trafił na tuńczyka w oleju. Dobre i to. Albo może Roland. Nie, nazwali go John - imię tak popularne jak dupa.
Parsknął śmiechem. Skąd do głowy przyszło mu takie idiotyczne porównanie? Imię popularne jak dupa. Pewnie z powodu sytuacji. Spojrzał na swoją zdobycz - patrzyła na niego, skulona pod projektorem, znów wyglądała jak zwierzę, znów mógł się zdystansować do tej istoty i traktować ją jak bezmyślnego mutanta. Tylko tak jakoś głupio by wyszedł przed samym sobą. I w sumie przed nią też. Nie zabił jej w sali kinowej, związał i zaprowadził do bezpiecznego pomieszczenia, rozłożył sobie łóżko - a dopiero potem posłał jej kulkę? Gdzie tu logika?
Ona nadal patrzyła. Bardzo intensywnie. Zrozumiał.
- Od jak dawna?
- Już czwarty dzień. Ukradłam kilka ziemniaków z waszej karawany. Zjadłam na surowo.
- Nie chorowałaś po surowych ziemniakach?
- A czy to akurat ważne?
- Przepraszam - znów poczuł się głupio. Po co przepraszać za coś mutanta? Pchnął na wpół zjedzoną konserwę w jej stronę i patrzył jak je. Kiedy próbowała palcem wytrzeć z puszki nawet najmarniejsze resztki oleju - skaleczyła się. Z uśmiechem wsadziła krwawiący palec w usta, uśmiechnęła się ciepło. Tak ludzko.
- Mogli cię nazwać Samuel. To imię by chyba pasowało.
- Nie podoba mi się. Brzmi jak imię dla osła.
- Albo dla muła... racja.
- Co to za zapach? Czułem go już kiedy wchodziłem do kina.
- Podoba ci się? - dłońmi odgarnęła włosy z twarzy, spojrzała na niego z uśmiechem. Cholera! Powinien był się domyśleć, że to perfumy. Marna próba upodobnienia się do istoty ludzkiej. Szkoda tylko, że przeterminowana, kobiety przestały używać perfum kiedy zaczęła się apokalipsa. Poza tym ktoś tak pachnący jest łatwy do wykrycia. Właściwie zdziwił się, że nie wyśledził jej szybciej idąc po takim tropie. Co prawda nie miał węchu jak pies, ale to było tak intensywne i tak inne wśród świata znanych mu zapachów...
- Nie mogłeś ich poczuć wcześniej, bo dopiero dziś ich użyłam. Nie miałam siły uciekać dłużej, stwierdziłam, że mogę chociaż zginąć ładnie pachnąc.
- Też pomysł.
- Mów co chcesz, mnie się podoba. Myślisz, że w ogóle byś mnie znalazł? Czekałam na ciebie. Na kogoś, kto mnie wreszcie dobije. Myślisz, że siedziałabym bez ruchu na krześle w kinie wiedząc, że gdzieś w okolicy krąży szukający mnie łowca?
Nie miał argumentów. Rozłożył swój koc w kącie pomieszczenia, pod głowę wsadził zrolowaną kurtkę i pistolet. Przez chwilę nasłuchiwał, ale nie słyszał żadnych niepokojących odgłosów. Miał tylko nadzieję, że nic większego nie wytropi go kiedy będzie spał. W takie chłodne noce różne rzeczy się działy - z drugiej strony nie miał wyjścia. Jeśli coś będzie na tyle silne i zdeterminowane, żeby wyłamać zabarykadowane drzwi, to przynajmniej hałas go obudzi. Jeśli stworzenie będzie mniejsze - powęszy chwilę i odejdzie. Taką miał nadzieję.
- Ziiimnooo.
Szept wyrwał go z półsnu. Otworzył oczy, rozejrzał się. Dziewczyna siedziała tam, gdzie ją zostawił, skulona w kłębek z rękoma przywiązanymi do projektora. Choć było bardzo ciemno, John widział przed sobą jej błyszczące oczy. I jeszcze coś. Widział obłoczki pary unoszące się z jej ust przy każdym oddechu. Wyszedł spod koca i natychmiast zrobiło mu się zimno - że też zapomniał ją czymkolwiek przykryć... Ale w sumie nie miał zapasowego koca.
Podszedł do niej - miała gęsią skórkę na całym ciele, trzęsła się. Cóż było robić?
Przeniósł swoje posłanie do niej. To było dziwne uczucie, spać obok z pozoru ładnej i normalnej dziewczyny - nawet bardzo ładnej, jak zauważył, samemu się za to spostrzeżenie ganiąc - tuż obok niej, wdychać jej perfumy i zapach ciała, zasypiać. I cały czas wiedzieć, że ona jest mutantką, przywiązaną za ręce do projektora, pamiętać, żeby nie dać jej się ugryźć, udusić we śnie - choć musiałaby się wyswobodzić z więzów żeby mu naprawdę zagrozić.
Już odpływając pomyślał, że w sumie to perwersyjne, przedwojenni psychoanalitycy poużywaliby sobie podczas rozkładania tej scenki na czynniki pierwsze. Po pierwsze dominacja, po drugie osobnik innego gatunku - brakowało tylko jakiegoś fallicznego symbolu górującego nad nimi niczym zapowiedź wydarzeń...
- Mhmmmm, też o tym czytałam. Nie miałam mężczyzny od bardzo dawna, wiesz?
To było dzikie i gwałtowne, choć w pewien sposób ukradkowe. Już w trakcie postanowił, że cokolwiek by się z nim miało dziać - rozwiąże ją. Nie pieprzy się więźniów. Potem parsknął śmiechem. Bo właściwie dlaczego nie? Albo kto mógłby mu zabronić? Policja? Wojsko? Tylko ktoś inny, kto sam miałby na nią ochotę. Mógł ją po wszystkim nawet zabić.
Tylko że to byłoby nieetyczne. Słowo pojawiło się w jego głowie nagle, wygrzebane gdzieś spomiędzy zakamarków pamięci, wyczytane dawno temu w jakiejś książce. To by było po prostu niewłaściwe.
Potem leżeli obok, bawił się jej włosami. Była zdecydowanie zbyt ludzka, zbyt upodobniona. Jej reakcje, odruchy, to, w jaki sposób reagowała na ból i na rozkosz. To wszystko było aż nazbyt normalne. Wszystko było z nią w porządku. Poza tym małym detalem. Mała była cholerną mutantką, aberracją, pierdoloną czytającą w myślach telepatką. Zagrożeniem dla i tak już wymęczonego rodzaju ludzkiego. Była jego celem, jako jednego z samozwańczych strażników czystości rasy,
- Przecież nie masz niebieskich oczu i blond włosów.
Nie zrozumiał z początku. Po chwili do niego dotarł cały idiotyzm związany z czystością rasową,
o której rozważał. Rasa panów, potężnych, niepokonanych. Idealnych.
Którzy to? Ta żałosna garstka wyczerpanych, chorych na wszystkie możliwe choroby łachmaniarzy, na każdym kroku ginących z powodu błędów popełnianych teraz i w przeszłości?
Myślał nad tym jeszcze przez chwilę. Dziewczyna w tym czasie zasnęła, jej oddech stał się równy i spokojny. Raz na jakiś czas lekkie drżenie przechodziło przez jej ciało, czasem zaciskała palce. Patrząc na linię jej nagich pleców John w końcu znalazł rozwiązanie. Jeśli jej teraz nie przywiąże, a rano przypadkiem będzie spał mocnym snem, to ona zobaczy swoją szansę, zbierze swoje rzeczy i ucieknie. Miał nadzieję, że nie ukradnie mu nic - na wszelki wypadek wypełzł cicho spod śpiwora, starannie spakował plecak i przywiązał go sobie sznurkiem do nadgarstka. Broń wsadził pod improwizowaną poduszkę. Marna to ochrona, ale musiała mu wystarczyć. Miał nadzieję, że wystarczy.
Zasypiał, w myślach układając sobie wersję do opowiedzenia handlarzom. Postrzelił zwierzę, ścigał po śladach rozlanej farby przez kilka kilometrów. Znalazł na dnie jakiejś rozpadliny, tak głębokiej, że postanowił zrezygnować ze schodzenia na dół i zabierania jej głowy jako dowodu. Wie, że to nie tak, jak się umawiali, i nie weźmie wynagrodzenia. Jeśli któryś mu nie wierzy, to poprowadzi go nad tę rozpadlinę, żeby pokazać trupa. Tylko że droga tam wiedzie przez terytorium sporej watahy dzikich psów…
Tak im powie. Jutro, jak tylko obudzi się sam w opuszczonym, niemym kinie. Na myśl o tym nieprzewidzianym dowcipie słownym lekko skrzywił wargi w uśmiechu i tak zasnął.
Obudził się późno, świadomość uderzyła w niego natychmiast budząc wszystkie zmysły. Zanim otworzył oczy, już wiedział, że jest pod śpiworem sam. Pod głową czuł ostre kanty broni przez poduszkę. Uchylił powieki - w pomieszczeniu było całkiem jasno, światło sączyło się przez okno na salę kinową, to samo, przez które zwykle puszczane były filmy. Widocznie część dachu w głównej sali zawaliła się jakiś czas temu, wpuszczając słońce do ciemnej dotychczas sali. Gdzieś w oddali ujadał pies.
Przy okazji zobaczył leżącą pod jedną z nóg podtrzymujących projektor rolkę z filmem. Dowiedział się w końcu, jaki film grali tam ostatni. Jakąś europejską miernotę, "Biegnij, Lola, Biegnij". Łowca mutantów John Brown powoli usiadł na posłaniu. I zamrugał z zaskoczenia.
Dziewczyna siedziała w kącie pokoju. Patrzyła w jego oczy z niesamowitą ufnością.
Rzucił tę robotę.


ReaptaeR.
komentarz[29] |

Komentarze do "John Brown"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.
© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl

Wykryto nieautoryzowany dostęp!!!

   PATRONUJEMY

   WSPÓŁPRACA

   Sonda
   Czy interesują cię raporty z sesji NS?
Tak!
Nie.
A co to?
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Pasożyty
   Hibernatus (....
   Yakuza
   FATEout
   Legia Cudzozi...
   Pistolet Maka...
   Łowca - dzień...
   Neuroshimowe ...
   Śpiąca Królew...
   Bo kto umarł,...

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.062183 sek. pg: